Kto zawinił tym razem?
Tynk brudny, obskrobany i wymazany, płot się rozwala, słupy i chodniki krzywe – bo nie ma pieniędzy. Drogi są w żałosnym stanie, poboczy brak, mostu też – bo Unia nie dała funduszy. Wszystko, co jest złe, albo przyszło z Zachodu, albo „aaa bo komunizm”. Zawsze znajduje się żałosna wymówka. Wina jest tylko po stronie kogoś innego.
Niech mi ktoś powie, skąd się w takim razie wziął elementarny brak kultury? Takiej podstawowej, banalnej, codziennej, ulicznej. Kto zawinił, że w Polsce prawie nikt nie mówi „dzień dobry”, a wszyscy odwracają głowę i spuszczają wzrok? Jak globus wielki, to dla mnie jest dopiero niezrozumiała egzotyka.
„Zacofany Wschód” na końcu świata, gdzieś w Indonezji, pod równikiem. Pipidówki, jakich mało. Je się palcami. Za pasem nosi się maczetę. Od święta zmienia się przepasaną w pasie chustę na portki. Ludzie gapią się na ciebie na każdym kroku. Zaglądają przez ramię do otwartego portfela i torby. Prymitywy, co? Dla mnie nie. Ja to przyjmuję, ponieważ natarczywie gapią się z prostolinijnej ciekawości. Z natrętnym wzrokiem idzie w parze uśmiech, machnięcie ręką, skinienie głowy.
U „głupich Amerykanów”. Zanim postawię całą stopę za progiem sklepu, już słyszę „witam!” i oślepia mnie biały rząd zębów. Fałszywy? Nie dbam o to, co ten ktoś o mnie myśli za zasłoną uśmiechu. W nosie mam szczerość na tym etapie. Jego zadaniem jest mi teraz pomóc, wykonać swoją pracę i umilić mi dzień. Co więcej, nawet na zapchanym w ciągu dnia Wall Street w Nowym Jorku ludzie mniej się spieszą niż w supermarketach w Legionowie. Przynajmniej na tyle mniej, aby zdążyć rzucić zdawkowe „przepraszam”, kiedy cię szturchną mijając. A u nas ostatnio czterdziestoletnia pani nadepnęła mi na stopę, pchając się do lady (rzucili szynkę?), po czym długą chwilę patrzyła na mnie bezsłownie. Może próbowała mi coś przekazać jako mim? Jeśli tak, to kiepsko jej poszło, twarz miała bez wyrazu.
Kiedy jedziesz polną drogą przez wiochy w Irlandii, absolutnie każdy farmer kiwnie ci głową. Jesteś tylko ty i on, patrzycie na siebie, więc: „dzień dobry”. Nie mijasz bezsłownie ludzi z ulicy, na której mieszkasz, po raz setny gapiąc się nagle w niebo. Nie musisz rozmawiać. Witasz się lub unosisz rękę. W parku czy tym bardziej na szlaku – sytuacja twarzą w twarz. Witasz się. Nikt nie odwraca głowy jak jakaś tchórzofretka!!!
Sklep w Legionowie. Na palcach jednej ręki wymienię te, w których sprzedawca mówi coś więcej niż „czy ma pani drobne?”.
Jeden z okolicznych piętrowców. Mieszka w nim para naszych przyjaciół, przy czym Henrique pochodzi z Brazylii. Przy naszych rozmowach o „dzień dobry” umiera ze śmiechu. „Codziennie spotykam w windzie tych samych ludzi. I co? Większość tępo gapi się w podłogę. Czasem ktoś wychodząc mówi „dziękuję”. Za co? Może myślą, że jestem windziarzem”.
Latem razem obserwowaliśmy reakcje ludzi, którzy mijają płot mojego domu. Czasem kilka razy dziennie. Chętnie zaglądają nam „w talerze”. Do tego stopnia, że odwracają głowę o 1800. Mówiliśmy im więc „dzień dobry”. Rezultat – komedia. Sześćdziesięcioletni dziadek na spacerze z wnuczkiem, jak w karykaturalnej kreskówce, zaczął natychmiast patrzeć w niebo. Dwudziestoparoletnia mama zachichotała niczym spłoszona dziewczyneczka. Ku zaskoczeniu „dzień dobry” jako pierwszy powiedział mi pięciolatek na rowerku, ale już jego (dosłownie i w przenośni) bezszyjny tata w prostokątnych okularkach miał wzrok barani.
Nasza mała ulica. Zarówno trzydziestoletnim, wyedukowanym sąsiadom, jak i odwiedzającej ich rodzinie zajęło kilka tygodni bezwzrokowego mijania nas, zanim zaskoczyli, że jakoś magicznie rozszyfrowaliśmy, iż mieszkają naprzeciwko i nasze głośne, ostentacyjne „dzień dobry” to do nich. Musieli się zdemaskować jako sąsiedzi i przez ich gardło przechodzi już „dzień dobry” bezboleśnie.
Ostatni weekend w mini, mini-wsi na Mazurach. Nie więcej niż dwudziestu mieszkańców. Na spacerze mijamy jednego z nich w odległości dwóch metrów. I tyle. Poker face. Zero serdeczności, grzeczności, jakiejkolwiek reakcji mięśni mimicznych.
Jak widać, nie ma tu więc znaczenia wiek, edukacja, pochodzenie, okolica. Z jakiegoś powodu „dzień dobry” nie mieści się w polskim kanonie dobrego wychowania. Jedno, co się mieści, to wysokie mniemanie. Wszyscy dookoła są tacy i śmacy, o wszystkich mamy coś do powiedzenia. Amerykanie głupi, Anglicy nudni, tamci brudasy. Jako Polacy mamy się za gościnnych, ceniących wartości katolickie i rodzinne, edukację mamy podobno na poziomie bla bla bla bla bla bla... A brak kultury skąd nam się wziął? Pewnie jak stonkę zesłał na nas zgniły... eeee...? No właśnie kto?
Aleksandra Pietrzak |