Facebook

HISTORIA. Chłopak ze Zwierzyńca, czyli Wacław Jóźwiak z Legionowa [CZĘŚĆ 2]

2017-12-24 7:58:55

Młody Wacław podczas okupacji niemieckiej


Pana Wacława Jóźwiaka łączą więzy rodzinne zarówno z Wrocławskimi, Gwiazdowskimi czy Krajewskimi. I choć urodził się w 1920 r., jeździ po legionowskich ulicach na ciemno-różowym pojeździe elektrycznym. W 1941 r., podobnie jak brat Edmund i siostra Joanna, wstąpił w szeregi Związku Walki Zbrojnej, z czasem przemianowanego na Armię Krajową. Piszemy o panu Wacławie w okresie świątecznym dlatego, że w 1944 r. przeżył cudowne Boże Narodzenie.


Gdy podczas niemieckiej okupacji Niemcy pozwolili otworzyć szkoły podstawowe, zawodowe i niektóre średnie techniczne, Wacław Jóźwiak ukończył ostatni kurs wydziału budowlano—drogowego w „Kolejówce”. By uniknąć wywózki do Niemiec, znalazł pracę jako drwal. Gdy w 1941 r. zaczął organizować się w Legionowie i okolicach ruch oporu, przystąpił do konspiracji nie bacząc, że za przynależność do konspiracji groziła kara śmierci albo obóz koncentracyjny, np. Oświęcim, Dachau itp.

To była wojna…

Na początku 1942 r. 22-letni Wacław znalazł pracę jako murarz w Ciechanowie (był wtedy na terenie III Rzeszy). Został pracownikiem niemieckiej firmy, która płaciła im 6 marek dziennie. Po pewnym czasie znacznie pogorszyły się tamtejsze warunki bytowe i wyżywienia. W baraku pojawiły się wszy i niektórych dopadł świerzb. To schorzenie pojawiło się również na ciele Wacława i gdy na początku grudnia wyjechał na leczenie, do pracy tej już nie powrócił. – Od 1943 r. zacząłem pracować w olejarni znajomych. Za pomocą prasy wyciskałem olej ze zmielonego i podgrzanego ziarna: rzepaku, lnu, maku i słonecznika. Ludzie przynosili te ziarna do olejarni, sami je miażdżyli, wsypywali porcjami do obrotowego bębna, podgrzewali, a resztę załatwiałem już ja – opowiada pan Wacław. Jak wspomina dalej, ludność z Legionowa, po kilku latach okupacji, zaczynała sobie lepiej radzić z niedostatkami wojennymi. Ratowali się jak mogli: robili papierosy, wyciskali olej, a także produkowali bimber, który następnie ratyfikowali na czysty spirytus, z którego podrabiali wódkę monopolową. I co ciekawe, wódkę tę polscy i niemieccy kolejarze sprzedawali w całej podbitej Europie.

Młodziutka Stasia Tyza, po mężu Jóźwiak

Spektakularna ucieczka

Terror okupanta z dnia na dzień zaczął się jednak w Legionowie nasilać. – Za niestawienie się do kontrybucyjnej roboty w koszarach, granatowi policjanci wygarnęli mnie w nocy z domu. Przetransportowali mnie najpierw na posterunek w Jabłonnie, a potem do obozu przejściowego w Warszawie, przy ulicy Skaryszewskiej – opowiada Wacław Jóźwiak. Tam wraz z innymi oczekiwał na transport do Niemiec. Szczęśliwie, Tomasz Jóźwiak, jego ojciec skontaktował się ze znajomym policjantem, który umożliwił Wackowi ucieczkę. By nie rzucać się w oczy w Legionowie, Wacław wyjechał wtedy do wujka Adama Wrocławskiego , który mieszkał we wsi Baćkowice, w Górach Świętokrzyskich. Przebywał tam 2 miesiące, do sierpnia 1943 r. Po powrocie do domu znowu zarabiał, jak umiał. Systematycznie jeździł też na szmugiel, pracował przy rektyfikacji, żniwach czy wykopkach

Lipiec i sierpień 1944 r.

– Już w 1943 r. Armia Krajowa była dobrze zorganizowana. Mój brat Mundek był w swojej kompanii rusznikarzem i naprawiał uszkodzoną broń, natomiast siostra Joasia była w Wojskowej Służbie Kobiet A.K. – mówi kombatant. Ze względu na swoje zajęcia zarobkowe młody Wacław rzadko brał udział w szkoleniach i ćwiczeniach akowskich. Wyszkolenie takie przeszedł jeszcze przed wojną w trakcie zajęć przysposobienia wojskowego i jego dowództwo było o tym poinformowane. Gdy w ostatnich dniach lipca 1944 r. pancerny zagon sowiecki dotarł aż pod Radzymin, dawało się zauważyć i wyczuć popłoch wśród niemieckich żołnierzy. W efekcie, w nocy z 31 lipca 1944 r. na 1 sierpnia opuścili oni legionowskie koszary. Zostawali w nich sporo różnego sprzętu i w blokach za koszarami – magazyny żywności, które podpalili. – 1 sierpnia, o godzinie „W” stawiłem się na zbiórkę swego plutonu, jednak z powodu braku broni, zostaliśmy zwolnieni do domów z rozkazem, by być w stałej gotowości. Tak więc 1 sierpnia, podobnie jak w Warszawie, wybuchło powstanie – wspomina Wacław Jóźwiak. Przez pierwsze 2 dni chodził do opuszczonych magazynów żywności, w których zrobił spory zapas.

Stasia w szkole (siedzi w drugim rzędzie, po lewej stronie od najstarszego mężczyzny

Czołg kontra wóz konny

Niebawem do Jabłonny wjechała niemiecka dywizja pancerna „Goringa”, która opanowała szosę Jabłonna-Zegrze. – Bodajże 3 sierpnia’44 wracając do domu, usłyszałem warkot czołgu. Byłem już w połowie rynku, gdy słuchem zlokalizowałem czołg, który był na skrzyżowaniu szosy Warszawskiej i ul. Kościuszki. Nagle z ul. Piłsudskiego, od strony stacji kolejowej galopem wjechał wóz konny. Furman wjechał wozem na narożnik rynku, przy skrzyżowaniu Sienkiewicza i Piłsudskiego. Potem zeskoczył z wozu i uciekł. Według mojego rozeznania czołg zbliżał się do skrzyżowania ulic Kościuszki i Sienkiewicza. Nie namyślając się, wskoczyłem na wóz i wjechałem nim na dziedziniec Spółdzielni Spożywców. Czołg, którego początkowo jedynie słyszałem, zatrzymał się dokładnie w miejscu, z którego odjechałem wozem. Obrócił dookoła wieżyczką z lufą, postał chwilę i wrócił tą samą drogą z powrotem do szosy. Gdy usłyszałem, że czołg dojechał już do szosy, pojechałem wozem na teren Rady Głównej Opiekuńczej, która znajdowała się naprzeciw Spółdzielni – opowiada pan Wacław. Wóz, na którym znajdowało się sporo żywności przekazał tamtejszym pracownicom i na ich prośbę, drugim wozem zawiózł mąkę do kuchni na ul. Krasińskiego, która gotowała dla powstańców.

Razem z ukochaną

Po decyzji o zakończeniu powstania, Wacek wraz z bratem Mundkiem ukrywali się. W tym czasie Niemcy rozpoczęli represje i organizowali liczne „branki” do kopania okopów i rowów przeciwczołgowych. Gdy pod koniec września niemieccy okupanci zarządzili ewakuację wszystkich mieszkańców Legionowa, w drogę wyruszył także Wacław, ale nie sam. Towarzyszył swojej ukochanej – Stanisławie Tyzie. – To nie duże dziewczę, żywe, wesołe, rozmowne przypadło mi do gustu już w 1943 r. – mówi kombatant. I kontynuuje… 18-letnia Stasia była sierotą wychowywaną przez bliską rodzinę. Spotkała Wacława na legionowskim peronie, gdy oczekiwała na pociąg do Warszawy. Pracowała tam najpierw przy produkcji lepów na muchy, a potem – pudełek tekturowych. Od lata 1944 r. 24-letni Wacław był już w jej domu prawie domownikiem, w efekcie czego ślub zakochanych planowany był na Boże Narodzenie 1944 r. Plany te jednak pokrzyżowały wypadki, których młodzi nie mogli przewidzieć. Właśnie we wrześniu 1944 r. Niemcy nakazali mieszkańcom Legionowa ewakuację i kierowali ich za Wisłę, w kierunku Pruszkowa, gdzie zorganizowany był obóz przejściowy. – W drodze działy się dantejskie sceny. Był chaos, wędrowały tłumy z dziećmi na plecach lub wózkach – opowiada pan Jóźwiak. Gdy zatrzymał się wtedy na krótką rozmowę ze znajomym, niestety zgubił się ze Stasią i jej ciotką. Korzystając więc z nieuwagi konwojujących Niemców, skręcił w bok i dotarł ze znajomymi do Izabelina (koło Lasek, na skraju Puszczy Kampinoskiej). Po kilku dniach nieudanych prób odnalezienia Stasi, w połowie października 1944 r. wrócił do Legionowa. Tam spotkał matkę i siostrę, a także dowiedział się, że jego ojciec i brat są w Zaborówku koło Leszna. O Stasi jednak słuch zaginął.

Szczęśliwi małżonkowie, Stanisława i Wacław Jóźwiakowie w strojach ludowych

Na ratunek bimber

Wacław wraz bratem udał się do Błonia licząc na to, że u kuzyna państwa Walczykowskich uda im się znaleźć jakieś lokum. Tym kuzynem był zawiadowca odcinka drogowego kolei pan Kuhn, który okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Ponieważ wszystkie jego pomieszczenia były już zajęte przez wysiedleńców, zamieszkali w jego dużej, murowanej piwnicy, która była przykryta 50-centymetrową warstwą ziemi. – Pan Kuhn lubił wypić i zaproponował nam spółkę. Dał materiały i pieniądze, a my rozpoczęliśmy produkcję bimbru, który został oceniony przez niego jako znakomity! Z pierwszej porcji uzyskaliśmy 25 litrów produktu o mocy 40-45% – opowiada pan Wacław. Alkohol ten sprzedawany był między innymi w miejscowych restauracjach. Dobre relacje z panem Kuhnem i niemieckim kolejarzem uratowały też młodego Wacława od wywózki na roboty do Niemiec, ponieważ pan Kuhn osobiście interweniował, gdy Wacław zatrzymany został na stacji kolejowej w Błoniu. Tak mijał listopad i grudzień 1944 r.

Prezent na Boże Narodzenie

– W pierwszy dzień Bożego Narodzenia ktoś zapukał do naszej piwnicy. Gdy otworzyłem, oczom nie wierzyłem. Na progu stała Stasia – z radością mówi pan Wacław. Okazało się, że gdy w grudniu przywędrowała do Błonia i zatrzymała się u znajomych, na Pasterce dowiedziała się od koleżanki, gdzie przebywa Wacek. Radość młodych była ogromna, tym bardziej, że Stasi kończyły się środki na utrzymanie. By kupić żywność sobie i cioci, wyprzedała wszystkie swoje pierścionki, które zabrała z domu. I tak nadszedł styczeń 1945 r.

Kolejna część historii Wacława Jóźwiaka już niebawem

Olga Gajda

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *