Facebook

HISTORIA. Nestor jubileuszu. Archiwalna rozmowa z Wacławem Jóźwiakiem na 80. lecie Legionovii

2021-01-27 8:52:46

Pan Wacław Jóźwiak (trzeci z lewej) na zdjęciu legionowskich piłkarzy z roku 1940
Fot. Archiwum

Pan Wacław Jóźwiak 12 września br. skończył 90 lat. Ten nestor wśród piłkarzy i klubowych działaczy przyjechał na uroczystości samodzielnie samochodem z Warszawy, gdzie obecnie mieszka. Zgodził się na rozmowę z „To i Owo”

– Kiedy zaczęła się pańska przygoda ze sportem?

– Z piłką nożna w zasadzie w czasie okupacji, ale ze sportem jako takim, jeszcze przed wojną. Ja rodowity legionowianin, chociaż kiedy się urodziłem to była Jabłonna Nowa, Legionowa Legionowa, Gucin, chodziłem do renomowanej szkoły technicznej w Warszawie. Była to Państwowa Szkoła Drogowa przy ul. Wspólnej. Wychowanie fizyczne w tej szkole to przede wszystkim lekkoatletyka, bo nasz dyrektor nie tolerował ani boksu, ani piłki nożnej. Miałem wrodzoną szybkość i skoczność, więc byłem trenowany pod kontem biegu na 400 metrów przez płotki. Wybuch wojny w roku 1939 przerwał moją karierę lekkoatletyczną.. W czasie okupacji Niemcy nie pozwolili na otwarcie mojej szkoły, więc edukację ukończyłem w Państwowej Średniej Szkole Kolejowej przy ul. Chmielnej, na wydziale drogowo-budowlanym. Zaraz po ukończeniu szkoły musiałem się zatrudnić gdziekolwiek, aby uchronić się przed wywozem na roboty do Niemiec. Pracowałem więc fizycznie i tęskniłem za sportem.

– W czasie okupacji grano na terenie Legionowa w piłkę nożną?

– No właśnie, gdy tylko dowiedziałem, że zaczęła formować się tak drużyna, trenowano mniej więcej tam gdzie dzisiejszy stadion, tylko bliżej ul. Sobieskiego, pojawiłem się na treningach. Byłem oczywiście noga, jeśli chodzi o piłkę nożną, ale mogłem sobie chociaż pobiegać. Z czasem zacząłem jednak robić postępy w piłce. Nie na tyle jednak duże, abym mógł od razu trafić do pierwszego zespołu. Kiedy dokonywano podziału na dwa zespoły, ja wraz m.in. z Mietkiem Raszkowskim, Krysiakiem ja znaleźliśmy się w tym drugim, czyli rezerwowym.

– Na jednym z najstarszych zdjęć piłkarskich, z roku 1940, jeszcze na boisku „Stralo”, jest pan jednak w składzie pierwszej drużyny. Między innymi z bramkarzem Henrykiem Szmitem, kapitanem zespołu Tadeuszem Wandelem, Janem Sucheńskim, Tadeuszem Drzewieckim, Jerzym Kosińskim, Leonem Gabrysiakiem. Kiedy „przedarł” się do pierwszego zespołu?

– To było trochę przez przypadek. Pojechaliśmy do Karczewa w dwie drużyny. Najpierw grała druga drużyna, czyli my. Po zakończeniu tego meczu podeszli do nas ci z pierwszego zespołu i zapytali: kto zagrałby jeszcze raz w pierwszym zespole, bo brakowało im dwóch zawodników – nie dojechali. Zgłosiliśmy się z Raszkowskim. Miałem żelazną kondycję i te dwa mecze wytrzymałem. Po tamtym dobrym występie dostałem się do kadry pierwszej drużyny i z czasem zacząłem w niej grać. Zawsze kogoś brakowało, bo była okupacja i różnie bywało.

– Kto wtedy trenował ten zespół?

– Kto? Grający piłkarz były gracz warszawskiej Legii – Leon Gabrysiak.

– Jakie były pańskie pierwsze lata powojenne? Grał pan dalej w piłkę?

– Po wojnie? Ja nie wróciłem do Legionowa w styczniu 1945 roku, tylko trochę później, pod koniec marca., bo nasza rodzina była pod koniec wojny z miasta wysiedlona. Miałem trafić do obozu przejściowego w Pruszkowie, ale ja po drodze uciekłem i wylądowałem u znajomych w Błoniu. Koczowaliśmy tam z bratem w piwnicy do marca. W Błoniu też odnaleźliśmy się z moją narzeczoną , a ponieważ jej legionowskie domostwo zostało spalone, musieliśmy w Legionowie znaleźć jakieś locum. Kiedy to się udało wróciliśmy i zaraz potem, w czerwcu, wzięliśmy z Stanisławą, czyli Stasią – ślub. Musiałem więc szukać pracy. Zaciągnąłem się do PKP, do Straży Ochrony Kolei. Byli już tam koledzy. M. in. wspominany Mietek Raszkowski i Borys Wołynik, były plutonowy legionowskich baloniarzy. Na PKP pracowałem krótko, tylko do roku 1946, bo mnie wyrzucili. Za co? Byłem współorganizatorem PSL w Legionowie. A PSL wiadomo – Mikołajczyk. Uznano mnie za reakcjonistę. Znalazłem zatrudnienie w warszawskiej Spółdzielni Pracy, jako kierownik robót budowlanych, bo miałem już cenzus technika. Uzupełniłem w roku 1947 wykształcenie w Studium na SGGW na kierunku melioracji wodnych.

– Sport?

– Od roku 1947, współorganizowałam legionowkie Koło „Wici” i byłem w nim odpowiedzialny za sprawy sportowe. Utworzyliśmy oczywiście drużynę piłkarską, mieliśmy sekcję lekkoatletyki. Organizowaliśmy mecze, zawody. Rywalizowaliśmy z okolicznymi drużynami. Pamiętam dobrze wyjazd do Łomianek. Mecz piłkarski odbywał się równolegle do rywalizacji lekkoatletycznej Ja startowałem w skoku wzwyż i w dal oraz pchnięciu kulą. Wszystkie te trzy konkurencje wygrałem, ale cała trudność polegała na tym, że kiedy przyszła moja kolej na skok w dal, czy wzwyż, musiałem gnać z boiska piłkarskiego i oddawać swój skok w butach, piłkarskich, a potem wracać do gry. Co tam buty piłkarskie, w czasie okupacji nikt się takim „drobiazgami” nie przejmował. Wielu z nas grywało po prostu – w  tzw. saperkach. Bodaj w roku 1948 nasza piłkarska drużyna „Wici” połączyła się z zespołem chyba „Zrywu” i powstał jeden zespół zwany z czasem „Budowlanymi”. To obok przedwojennych „ Czerwonych”, także jeden z protoplastów dzisiejszej „Legionovii”

Nestor legionowskich piłkarzy i działaczy
KS Legionovia przed jubileuszowymi uroczystościami we wrześniu 2010 roku
Fot. (jb)

– Do kiedy grał pan w piłkę?

– Do roku 1950. Miałem wtedy dokładnie 30 lat. Z starego składu została w drużynie tylko nasza „żelazna” trójka” (ja, Raszkowski i Krysiak), więc uznałem, że mnie, głowie rodziny, nie wypada już dalej ganiać za piłką z młokosami. Podziękowano mi za grę kwiatkami, ja podziękowałem drużynie i tak skończyła się moja przygoda z legionowską piłką.

– Z piłką tak, ale nie z legionowskim sportem? Był pan inicjatorem i przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Stadionu?

– To prawda, kiedy w roku 1957 zostałem radnym Miejskiej Rady Narodowej wystąpiłem z inicjatywą budowy legionowskiego stadionu. Powstał społeczny komitet, w którego składzie oprócz mnie byli m. im.: Ozdarski, Tumulski, Jan Szulc, Jan Mrugacz, Bogdan Malechowski, Zdanowski… Była nas dziesiątka, a więc niektóre nazwiska uleciały już z mojej pamięci. Jak komitet został zatwierdzony, wystąpiliśmy o przydzielenie terenu, na którym stadion mógłby powstać. Wytypowaliśmy podmokły teren, na którym wcześniej w piłkę już grywano, gdzie także w oczkach wodnych, jako dzieciaki się kąpaliśmy, a ludzie łowili karaski. Miejsce na stadion między ulicami Parkową i Sobieskiego, MRN „przyklepała” i mogłem się skontaktować do Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej z pytaniem czy mogą wesprzeć naszą społeczną inicjatywę. Odpowiedzieli, że tak, o ile włożymy w budowę swój społeczny wkład, swoją społeczną pracę. Przygotowałem więc założenia techniczne przyszłego obiektu, także pomiary geodezyjne. Robiłem je wspólnie ze swoimi synami jako pomocnikami, biegającymi z tyczkami. Powstał wstępny projekt stadionu. Chyba w roku 1960 dostaliśmy pierwsze dotacje z Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Dworze Maz., chyba w sumie około 100 tys. złotych. Otrzymaliśmy je 30 grudnia, ale ważne były tylko do 31 grudnia. Mieliśmy więc dwa dni na ich wykorzystanie. Z opresji wybawił nas Jan Szulc, który dzięki swoim znajomością znalazł wykonawcę na prefabrykaty betonowe, które posłużyły do ogrodzenia miejsca stadionu. Silami społecznymi te ogrodzenie zrobiliśmy.

– Dostaliście także drugą dotację?

– Tak. WKKF potwierdził, że pierwsza została wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem, wkład społeczny został wykonany, więc otrzymaliśmy, kolejną kwotę pieniędzy, chyba 400 tys. złotych. Moja rola w komitecie chyba się wtedy skończyła. Przewodniczący MRN uznał, że on będzie dysponował i rozdzielał przyznaną kwotę dotacyjną. Zdążyliśmy jeszcze zniwelować boisko treningowe, to bliżej ul. Sobieskiego, i to kilkakrotnie zniwelować,, bo naszą pracę dewastowano, irozpocząć budowanie pomieszczenia na stadionie z dwoma szatniami, które jeszcze stoi, ale generalnie robota się ślimaczyła. By był też spory bałagan z kolejnymi dotacjami, robotnicy pracujący przy stadionie popalali i popijali w czasie pracy. Szlag mnie trafiał… Na plan pierwszy w naszym komitecie wybił się bardziej medialny Jan Szulc, ale formalnie moim następcą i zastępcą został ks. Jan Mrugacz. Miał on dobre układy z MRN i  z wojskiem, które wspierało bardzo, choćby przez użyczenie ciężkiego sprzętu (spychacza) w ostatnim okresie wznoszenia stadionu.

W końcu, w lipcu 1964 roku stadion ( w tej wcześniejszej wersji) został oddany do użytku. Był pan na uroczystości jego otwarcia?

– Byłem. Oglądałem uroczystość z bok, z widowni, wraz z Malechowskim i kimś jeszcze. Na drewnianych jeszcze wtedy ławeczkach. Z trybuny honorowej dojrzał mnie Jan Mrugacz i zaczął machać ręką. Pogadał jeszcze z kimś obok, ze starostą, czy przewodniczącym MRN i gna przez boisko w naszym kierunku. „Chodź pan do nas Panie Wacku, przecież to też pana praca, inicjatywa” – zapraszał. Nie poszedłem, mimo szacunku do ks. Mrugacza. Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Starosta swego czasu targał mnie za klapy, ci z MRN, na mnie ZSL-owca z  konieczności dziejowej, patrzyli, jeśli już nie wilkiem to – krzywo .Od roku 1973 mieszkam w Warszawie i polityczne układy mam już dawno poza sobą.

Rozmawiał: Jerzy Buze

OD REDAKCJI. Pana Wacława Jóźwiaka, nestora wśród legionowskich piłkarzy, potem społecznych działaczy, nie dostrzegliśmy wśród licznych uhonorowanych osób z okazji jubileuszu 80-lecia Legionowii. To „przeoczenie” można jeszcze naprawić.

Tekst archiwalny

Wacław Jóźwiak zmarł 15 marca 2019 r. w wieku 98 lat

NOTKA BIOGRAFICZNA

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *