Facebook

HISTORIA. Zanim przeszli Wisłę. Walki wokół Jabłonny w styczniu 1945 r.

2020-05-08 8:55:26

W ramach przygotowań do ofensywy na wybranych odcinkach koncentrowano znaczne ilości artylerii. Huraganowe przygotowanie artyleryjskie oraz nacieranie za wałem ogniowym niejednokrotnie przechylały szalę zwycięstwa na stronę sowietów.
Fot za: www.copypast.ru

Po zdobyciu Jabłonny w listopadzie 1944 r. linia frontu ustabilizowała się na ponad dwa miesiące, jednak nie oznaczało to bynajmniej końca walk. Konieczność zdobycia danych rozpoznawczych niezbędnych dla przygotowania ofensywy sprawiła, iż szczególnie aktywne stały się niewielkie patrole rozpoznawcze, które starały się przeniknąć przez front i zdobyć upragnionego „języka”


Aktwną działalność rozpoznawczą prowadziły wszystkie walczące strony. Najlepiej obrazuje to przypadek, który zdarzył się w okolicach Cegielni na styku pomiędzy wojskami polskimi i sowieckimi.

Zuch Tuchtubajew

Podczas jednego z nocnych patroli ubrane w śnieżne makowniki grupy rozpoznawcze (polska i sowiecka) na skutek pomyłki wdały się w strzelaninę pomiędzy sobą. Sowieci oświetlili teren przy pomocy rac. W tym momencie obie strzelające do siebie strony rozpoznały się i zauważyły podchodzący w ich stronę patrol niemiecki, który następnie wspólnie zaatakowały i zmusiły do ucieczki. Upragniony sukces w zdobyciu „języka” przypadł w udziale prawoskrzydłowemu sąsiadowi Polaków. Wchodząca w skład 328 dywizji 388 samodzielna rota rozpoznawcza po dwóch dniach obserwacji wybrała odcinek frontu w okolicy cmentarza w Chotomowie. Rankiem 28 listopada żołnierze sowieccy wykonali przejścia w polach minowych i drutach kolczastych. Następnie grupa wypadowa niezauważenie wślizgnęła się do niemieckich okopów i złapała wartownika. Na skutek hałasu z ziemianek wybiegli pozostali Niemcy i wywiązała się krótka strzelanina, po której patrol wraz ze złapanym jeńcem wycofał się bez strat na własne pozycje. Schwytanym wartownikiem był jefreiter 2 batalionu 6 pułku SS. Podobne wypady były przeprowadzane bardzo często, jednak rzadko kiedy kończyły się sukcesem. Warto w tym miejscu przytoczyć przykład szeregowego Tuchtubajewa z wymienionej wyżej specroty, który podczas nieudanego wypadu w nocy 9 grudnia pomimo wykrycia i ostrzelania całego oddziału pozostał pod niemieckimi zasiekami i po uspokojeniu się sytuacji samodzielnie wdarł się do okopów przeciwnika i uprowadził jeńca z pułku Westland dywizji SS Wiking.

Chemicy i snajperzy

Akcje mające na celu zdobycie jeńców prowadzono również przy pomocy większych oddziałów metodą tzw. rozpoznania bojem. Najczęściej nie przynosiły żadnych rezultatów oprócz wysokich strat. Za przykład może posłużyć rozpoznanie walką przeprowadzone w rejonie na północ od Jabłonny w nocy z 25 na 26 listopada. Zadaniem 75 żołnierzy z  kompanii karnej 8 pp. wspartych przez 4 plecakowe miotacze ognia była likwidacja niemieckiego schronu ziemno-drewnianego i zdobycie jeńców. Całość atakujących podzielono na trzy grupy. Dwie miały obejść schron z boków, a jedna atakować frontalnie. O 4 nad ranem żołnierze wyszli z własnych okopów, jednak udało im się podejść zaledwie na odległość ok. 50 m (zasięg strzału z miotacza płomieni wynosił ok. 30 m). W tym momencie zostali wykryci i ostrzelani z broni maszynowej. W efekcie wszystkie grupy musiały się wycofać, a od ostrzału wroga zginęło 5 żołnierzy, w tym dwóch z „chemików” z miotaczami ognia, a 24 zostało rannych. Stosunkowo bliska odległość pomiędzy walczącymi stronami sprawiała, iż szerokie pole działania uzyskali strzelcy wyborowi. Jedną z ulubionych metod walki stosowaną przez snajperów było wyczołgiwanie się pod osłoną nocy na ziemię niczyją, dokładne maskowanie i oczekiwanie świtu, kiedy to rozpoczynali polowanie na wroga. Bardzo często stosowano również prowokacje polegające na wystawianiu z okopów kukieł ubranych w stare hełmy i mundury. W takim przypadku prowadzono intensywną obserwację stanowisk przeciwnika i starano się niszczyć wrogich snajperów przy pomocy ognia karabinowego, a niekiedy i moździerzowego.

Polityczni jedzą ostatni

Ważnym czynnikiem wpływającym na życie żołnierzy w okresie stabilizacji frontu były problemy zaopatrzeniowe i wewnętrzna sytuacja polityczna w Ludowym Wojsku Polskim. Upadek Powstania Warszawskiego i bierność komunistycznych władz wzbudzały wśród żołnierzy odczucia, które delikatnie można by nazwać rozgoryczeniem. Na morale fatalnie wpływała również sytuacja zaopatrzeniowa. Pomimo późnej pory roku większość żołnierzy nie posiadała ciepłych rzeczy, a mundury i buty, w których chodzili, w większości przypadków ni nadawały się już do użytku. Niedożywienie (głównym i jedynym daniem była kasza zaprawiona niewielką ilością oleju), brak mundurów, szerzące się choroby oraz nie chęć do służby w kontrolowanej przez sowietów armii były przyczyną szerokiej fali dezercji. Najczęściej uciekali do domów świeżo wcieleni żołnierze z podwarszawskich miejscowości. Sporo informacji na temat przyczyn tego zjawiska zawiera zarządzenie szefa Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego skierowanym do zastępców dowódców ds. politycznych. Wśród licznych zaleceń mających zapobiec dalszym dezercjom znajdują się między innymi takie jak konieczność tępienia za wszelką cenę kradzieży jedzenia i mundurów, zwalczania protekcjonizmu przy przydzielaniu nowych sortów, rozpoczęcia kontroli sanitarnych mających na celu zwalczenie wszawicy, świerzbu, tyfusu i czerwonki. O postawie samych politruków dużo mówi fragment zakazujący im przystąpienia do posiłku zanim nie upewnią się, czy wszyscy żołnierze otrzymali należne im jedzenie. Podjęte przez dowództwo działania przyniosły częściową poprawę, jednak okres stabilizacji frontu został wykorzystany przez aparat polityczny nie tylko do rozwiązania kwestii warunków życiowych w oddziałach, ale również do wzmożonej indoktrynacji politycznej.

Cisza przed burzą

Przygotowania do ofensywy na poziomie armii były prowadzone już od grudnia 1944 r. według zamierzeń dowództwa frontu atak w okolicach Jabłonny miał mieć charakter pomocniczy, a głównym jego zadaniem miało być odciążenie jednostek nacierających na południe od Warszawy. Dowódcy poszczególnych szczebli przeprowadzali na mapach ćwiczenia sztabowe, a oddziały szkoliły się w prowadzeniu działań w sytuacji forsowania przeszkody wodnej. Jednym z najważniejszych elementów przygotowań do przyszłej ofensywy było gromadzenie i nauka obsługi sprzętu przeprawowego. Wszystkie ćwiczenia w przeprowadzano na niewielkich jeziorkach porozrzucanych po podwarszawskich lasach. Oprócz szkolenia oddziałów bojowych przygotowania do ofensywy objęły także tyły. Przez cały okres stabilizacji frontu gromadzono zapasy amunicji, paliwa i żywności. Jednocześnie przygotowywano do ruszenia na przód wszystkie jednostki zabezpieczenia, takie jak szpitale czy warsztaty remontowe.
Zgodnie z wytycznymi dowództwa frontu i armii wkrótce po Nowym Roku rozpoczęły się przemieszczenia poszczególnych jednostek. 6 stycznia obsadzająca odcinek frontu w okolicy Jabłonny 3 DP została zluzowana i zastąpiona przez oddziały 2DP. Jak wspomina Bolesław Typrowicz, który wraz ze swoim pułkiem obsadzał odcinek obrony w pobliżu jeziorka Bukowiec, żołnierze bardzo energicznie przygotowywali się do ofensywy. Gromadzili amunicję i granaty, pisali listy do bliskich, na wszelki wypadek wymieniali się adresami rodzin oraz bardzo dokładnie myli się i czyścili mundury, aby „w razie czego godnie zaprezentować się niebieskiemu furtianowi”.
Szczególną troskę poświęcono rozpoznaniu przeszkody wodnej, jaką stanowiła Wisła. Wahania temperatury w początkach stycznia spowodowały, iż pokrywa lodowa na odcinku forsowania wyznaczonym dla polskich oddziałów była bardzo niejednolita, a w miejscach, gdzie silniej przebijał się nurt rzeki, nie było jej w ogóle. Na szczęście 14 stycznia, tuż przed wyznaczonym terminem ataku temperatura spadła do –14 stopni i pokrywa lodowa zaczęła się wzmacniać. Do ataku pozostawało zaledwie kilka godzin.

Adam Kaczyński

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *