Piątek 3 Września 2010 Antoni, Bartłomiej, Bazylissa, Bronisław, Bronisz, Erazma, Eufemia, Eufrozyna, Izabela, Jan, Joachim, Joachima, Manswet, Mojmir, Szymon, Wincenty, Zenon, Zenona

 
Brak pluginu Flash


Drukuj
W tym szaleństwie jest metoda Utwórz PDF Wyślij znajomemu
04.03.2010.

Na spotkanie z alpinistą PAWŁEM GARWOLIŃSKIM w Bibliotece Miejskiej i Powiatowej w Legionowie przyszło w ostatni piątek, mimo późnej pory, ponad 40 osób. I na pewno nikt nie żałował. Po pokazie slajdów i fascynujących opowieściach gość odpowiadał na mnóstwo pytań

Paweł jest z wykształcenia geologiem i ekonomistą. Ma za sobą 20 lat doświadczeń górskich, liczne przejścia w Tatrach i w Alpach – m. in. Matterhorn, płn. ściana Lyskamm, Elbrus, Mt. Kenya, Khan Tengri w Tien Szanie, Pik Lenina w Pamirze oraz wspinaczki na dziewicze sześciotysięczniki w Himalajach: Lahul, KR8 i T2, Shivling, Garhwalu oraz uczestniczył w wyprawie na Dhaulagiri II – 7851 m.
Rozmawialiśmy przed piątkowym spotkaniem w bibliotece.
TiO: – Od kiedy mieszka pan w Chotomowie?
Paweł Garwoliński: – Od jedenastu lat. To, że tu zamieszkałem to czysty przypadek. Jestem warszawiakiem z urodzenia. Przyjechałem w ’95 roku do Chotomowa z dziewczyną, moją aktualną żoną, żeby podlać znajomemu trawnik. Zobaczyłem bardzo ładne miejsce, wyczułem sprzyjający klimat. Mój starszy brat rzucił hasło: „A może my byśmy się tu pobudowali?” „Stary, rewelacja!”– zapaliłem się do pomysłu. 1 czerwca 1997 wbiłem łopatę, a w grudniu ’99 zamieszkaliśmy w niewykończonym domu, w betonowych ścianach, paliliśmy w kozie. Dzisiaj widzę, że wykorzystaliśmy dobry moment. Działkę kupiliśmy po 11 złotych za metr, dziś trzeba by zapłacić ćwierć miliona.
Pozostały z tego okresu wspomnienia. Żeby było taniej, materiały woziłem fiacikiem. Wyjąłem siedzenia i wypełniłem wnętrze kadzią, do której ładowałem towar, a nawet węgiel z geesu na Kościuszki. Z początku panowie patrzyli ze zdziwieniem, potem się zaprzyjaźniliśmy. Niestety, maluszek się rozsypał.
– Skąd Chotomów – już wiemy. A góry?
– Te góry były u nas od zawsze. Już jako szkraby wyjeżdżaliśmy na wakacje do dziadka, do Rabki. Zaprzyjaźniony z naszą rodziną „przyklejony” wujek był ratownikiem górskim. Najpierw chodziliśmy w Beskidy, potem w Sudety i w Tatry. Coraz szerzej, coraz dalej. Powoli zaczynaliśmy z bratem wsiąkać w góry. Ja wsiąkłem na dłużej, bo brat nie przejawia już chęci do takiego stylu życia.
– Jaki to styl?
– Nieuporządkowany. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Nie wyobrażam sobie przejścia na etat. Nierealne, żeby szef dał mi półtora miesiąca urlopu na wyprawę w góry. Prowadząc działalność gospodarczą metodami alpinistycznymi udaje mi się połączyć pasję z zarabianiem pieniędzy. Konkurencja na tym rynku jest straszna. KHEDAR i ULTAR – moje obie firmy zajmują się różnego rodzaju pracami na wysokościach, od czyszczenia elementów stalowych, po mycie okien. Większość zatkanych szczelin na osiedlach w Legionowie to my. Teraz najczęściej zajmujemy się konserwacją i czyszczeniem wszelkiego rodzaju instalacji nad liniami technologicznymi w fabrykach.
–  Jaka będzie pana najbliższa wyprawa?
– 30 marca wylatujemy we czwórkę do Nepalu. Na 19 maja planujemy powrót. Naszym celem jest dziewicza góra Takargo, 6–tysięcznik. Dokładnie ma 6771 m n.p.m. W 2004 góra została udostępniona przez tamtejsze Ministerstwo Sportu i do tej pory jeszcze nikt jej nie zdobył.
– W swojej karierze nie przekroczył pan jeszcze 8 tysięcy. Nie kusi pana wysokość?
– To są sprawy indywidualne. Ja wolę przedsięwzięcia trudniejsze technicznie, nie muszą to być wcale najwyższe góry.
– Czego można się spodziewać w drodze na Takargo?
– Jest tylko kilka zdjęć tej góry. Ukształtowanie terenu w charakterystyczne formy widoczne na zdjęciach podpowiada, jakich trudności technicznych należy się spodziewać. Mogą to być stromizny, niekorzystny układ śniegu, skomplikowane i trudne do pokonania formy lodowe, występowanie seraków, czyli mas sprasowanego śniegu. Szczególnie bariera seraków może być dużym problemem. Kłopoty mogą być też spowodowane strukturą skały. Wydaje się na początku, że to fragmenty litej skały, która oferuje dużo chwytów i dużo stopni, a potem może się okazać, że struktura jest bardzo krucha – mogą to być łupki albo tzw. biblioteczka. Elementy skalne po dotknięciu rozsypują się wtedy na kawałki. Można też podciąć lawinę.
Problemem może okazać się pogoda. O tej porze roku najgorsze są opady. To właśnie z powodu opadów nie dotarliśmy kilka lat temu na szczyt T–2.
– Nigdy się pan nie boi?
– Alpinizm to sport dużego ryzyka. Bardzo prawdopodobne, że może przytrafić się jakaś kontuzja. Takie spekulacje można mnożyć i potęgować, ale nie chodzi o to, żeby  robić z igły widły. Nawet w mieście też może spaść na głowę cegła.
– Co w tak ekstremalnych warunkach może zrobić człowiek?
– Ważne jest doświadczenie, które podpowada: tutaj nie ma co się pchać. Ważna jest też wyobraźnia i ostrożność. Takiego seraka przecież zawsze można obejść.
– Na jakim etapie znajdują się przygotowania do wyprawy ?
– Na razie są w lesie, mamy bilety i ubezpieczenie. Jestem za bardzo zapracowany, zajęty codziennością. Nawet mało o tym myślę. Dopiero w samolocie człowiek przestawia myślenie na góry. Jakąś projekcję próbuje się  poukładać, żeby był sukces. 
– Kto będzie kierownikiem?
– Należę do nowego pokolenia wspinaczy. Nie ma teraz lidera, który rządzi i dzieli jak za czasów Zawady, Rutkiewicz, Kukuczki. Działamy na zasadzie demokratycznej. Idziemy, gdy dobrze się czujemy i są warunki. Wspina się ten, kto może, bez ścisłych podziałów. To się sprawdza. Chodzi o to, żeby zrealizować cel  bez lidera. Nadal jednak podziwiam alpinistów ze starej szkoły, szczególnie Krzysztofa Wielickiego i śp. Jurka Kukuczkę.
–  Z kim pan chodzi w góry?
– W bardzo różnych grupach, ale od 2000 roku jest kilka osób z różnych miast, z którymi od czasu do czasu się spotykamy. Przeważnie to środowisko olsztyńskie.
– Lubi się pan wspinać z kobietami?
– W górach nie ma żadnej różnicy – kobieta czy mężczyzna. Kobieta to równoważny partner. W warunkach, jakie tam panują nikt niczego nie musi udowadniać. A czasami panie mają taki dzień, że panowie wymiękają. Na Takargo idzie z nami Małgosia Jurewicz z Olsztyna.
– Wyprawa trwa długo. Co się wtedy je?
– Ciekawa sprawa, bo jestem wegetarianinem. Nie ma mowy o mięsie. Dzięki tragarzom w bazie mamy warzywa. A na lodowcu jest jak w lodówce i produkty nie tracą świeżości.  Zjeść wysoko w górach odmrożoną cebulkę,  jabłko czy kukurydzę  to rewelacja. Jemy ryż, kasze, a także produkty liofilizowane, w torebeczkach jak chińskie zupki, a w nich risotto, jajecznica.
– Jak z kondycją przed wyprawą?
– Nabywam wytrzymałości, pracując w firmie. To jest wysiłek, tyle tylko, że statyczny, więc nie jestem rozciągnięty. Chodzę poza tym na ściankę na ulicę Siennicką.
– Czy wykorzystuje pan bunkry w Janówku?
– Od kiedy zamieszkałem w Chotomowie, nie byłem tam ani razu. Zniechęca to, że do małych bunkrów nie ma właściwie dostępu, bo zostały ogrodzone przez letników. A w dużych bunkrach natykałem się na rozbite butelki. To nieprzyjemne, kiedy wkłada się rękę w szczelinę, a tam szkło.
– Skąd bierze się pieniądze na wyprawę?
– Niestety, nie jesteśmy atrakcyjni dla sponsorów, bo nie mamy przebicia medialnego. Pieniądze wykładamy więc w zasadzie z własnej kieszeni. Jakby to był 8–tysięcznik, to inna sprawa. A tak zdobycie ściany, która do tej pory nie była przechodzona, jest ważne przede wszystkim dla środowiska himalaistów.
– Co na temat pana pasji mówi najbliższa rodzina?
– Moja żona Kasia nie wspina się, ale mnie wspiera. Ciężej mi się jeździ w góry, od kiedy urodziła się nasza córeczka. W marcu skończy 7 lat, chodzi do ostatniej grupy przedszkolnej. Jest smutna, kiedy wyjeżdżam, Wie, że taty nie będzie w domu, ale kibicuje. Od pewnego czasu jest możliwość kontaktu przez telefon satelitarny. To niesamowite usłyszeć gdzieś w górach jej głos, jak opowiada, że ktoś w przedszkolu zabrał buta, rozwiązał sznurowadło albo włożył plastelinę do kanapki.
– Czy alpiniści są przesądni?
– Tak samo jak maturzyści przed egzaminem, alpiniści nie dziękują za życzenia. A życzyć można połamania czekanów i długiej liny. Ale nie za długiej.
– Życzę więc tego serdecznie i dziękuję za rozmowę. 

Halina Czarnecka

Zdjęcie: We wrześniu 2006 roku ekipa w składzie: Małgorzata Jurewicz, Katarzyna Skłodowska, Paweł Garwoliński (wszyscy na zdjęciu) oraz Marek Pawłowski weszli na szczyt Shivling (6543 m) w indyjskich Himalajach

Fot. archiwum prywatne

Komentarze (0) >>
Napisz komentarz
quote
bold
italicize
underline
strike
url
image
quote
quote
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley
Smiley

 
« poprzedni artykuł


XX lat samorządu

Polemika w sprawie systemu odbioru śmieci

Artykuł "Czy KZB wyłudza pieniądze?" zamieszczony w TiO nr 25/2020 wywołał reakcję Urzędu Miasta Legionowo w postaci tekstu zamieszczonego na stronie internetowej ratusza. Poniżej prezentujemy stanowisko władz miasta oraz odpowiedź autora naszego artykułu

Czytaj całość
 

List do mieszkańców

List do mieszkańców Legionowa z opisem i komentarzem do obchodów 20-lecia Samorządu Terytorialnego (cz. 1.)

Czytaj całość
 

List do mieszkańców

List do mieszkańców Legionowa z opisem i komentarzem do obchodów 20-lecia Samorządu Terytorialnego (cz.2)

Czytaj całość
 

Nie warto nie konsultować

Komunalizacja terenu pod szpital to była niesamowita wartość, a zarazem szansa dla Legionowa. Niestety, wtedy się nie udało i do dzisiaj jest to odczuwalna strata dla Legionowa i całego powiatu legionowskiego. Dlatego działania ówczesnych władz gminy Jabłonna oceniam jako karygodne – mówi ANDRZEJ KICMAN. Z byłym prezydentem Legionowa oraz ze starostą JANEM GRABCEM rozmawiamy o mentalności urzędników publicznych. To trzecia część redakcyjnej debaty z okazji 20. rocznicy pierwszych wyborów samorządowych

Czytaj całość

Po co nam powiat w Legionowie?

Z okazji XX rocznicy pierwszych wyborów lokalnych rozpoczynamy cykl debat na temat osiągnięć i wad samorządu. Dziś pierwsza część rozmowy z ANDRZEJEM KICMANEM, JANEM GRABCEM i MARIUSZEM BŁASZCZAKIEM

Czytaj całość

Co i gdzie budować

Szkody wyrządzone w krajobrazie kulturowym, przestrzeni publicznej są na długie lata nie do odrobienia - mówi starosta JAN GRABIEC w drugiej części redakcyjnej debaty z okazji XX rocznicy pierwszych wyborów samorządowych

 

Czytaj całość

 

Nasza JEDYNKA

NASZA NAZWA - NASZEJ HALI
ZAKOŃCZYLIŚMY PLEBISCYT NA NAZWĘ HALI
W ostatnich dniach plebiscytu ostre starcie rozegrało się między Legionowianką i Areną Legionów.  Ostatecznie wygrała Legionowianka. List informujący o wyniku wysłaliśmy do władz Legionowa. To od prezydenta miasta zależy, czy wybrana przez mieszkańców nazwa będzie miała swoje zastosowanie.
Wszystkim, którzy wzięli udział w plebiscycie – dziękujemy.

Nasz tekst i list do prezydenta
Odpowiedź prezydenta

Najnowsze artykuły
Najcześciej czytane
Reklama

Fundusze dla Mazowsza
Mapa dotacji z funduszy europejskich
 

Legionowo Rock Festiwal 2010 VI Edycja

Ostatnio komentowane
Dla kogo MOSiR? (6 komentarzy)
Mieszkańcy przeciw zasiedzeniu (21 komentarzy)
Ada Przybył wicemistrzynią! (1 komentarzy)
"Ćwikła" i "Buncol" (1 komentarzy)
Fałszerstwo w ratuszu (11 komentarzy)
Chłopaki z Cegelni (5 komentarzy)
Musi się popsuć (3 komentarzy)
Gołębnik na 500 ptaków (3 komentarzy)
Zawracanie Wisły kijem (3 komentarzy)
LEGIONOWIANKA! (2 komentarzy)
20 LAT TiO

Prasowa wyspa szczęśliwości

Jeżeli tygodnik istnieje na rynku już od 20 lat, tzn., że trafnie wyłapuje problemy, które są istotne dla mieszkańców. Minęły czasy, kiedy czytelnik brał do ręki gazetę i czytał ją od deski do deski, dlatego dziś sukcesem wydawcy jest kiedy czytelnik czuje, że gazeta jest potrzebna społeczności. W tym przypadku świadectwem trwałej potrzeby jest utrzymanie przez tyle lat dość dużej (jak na małe społeczności) publiczności czytelniczej

 Czytaj więcej

Wszystko robiliśmy na wariata...

O początkach To i Owo mówi PAWEŁ KOZERA, wydawca tygodnika





 Czytaj więcej

Sprzedawcy weterani

 
 Czytaj więciej

Po co nam te gazety

 Czy jest sens utrzymywać takie tytuły, które nie są samorządowe, a są niezależne? Ależ oczywiście! Ściślej mówiąc: które są niezależne od władzy. Gdybyśmy temu zaprzeczyli, w ogóle zaprzeczylibyśmy samej idei wolnej prasy. Na tym polega właśnie wolna prasa – że jest ona niezależna od władz – mówi prof. WALERY PISAREK, medioznawca w rozmowie z Aleksandrą Karkowską
 Czytaj więcej

Świat przed To i Owo

 To jedyny tygodnik wydawany w Legionowie nieprzerwanie od 20 lat. Spina epokę i stanowi cenne źródło informacji bieżących i historycznych

 Czytaj więcej

Ilu kibiców, tyle list

 Piotr Kucza: – W „TiO” pracuje pan od pierwszego numeru i sport na łamach tygodnika obecny był przede wszystkim za pańską sprawą. Jakie zmiany zaszły w ciągu tych 20 lat w obliczu legionowskiego sportu?
– Generalizując i trochę upraszczając, legionowski sport przed dwudziestu laty to przede wszystkim monokultura piłkarska. Na piłkę się chodziło, o futbolu się pisało, kibiców nie brakowało.
 Czytaj więcej

Dwie Ewy

  Tygodnik To i Owo trudno sobie wyobrazić bez dwóch Ew. Gdyby tak policzyć, kto częściej ma bezpośredni kontakt z Czytelnikami, pewnie wygrałyby one. Dziennikarze mogą być w tak zwanym terenie, a Ewy zawsze trwają na swoim posterunku na półpiętrze przy Piłsudskiego, nad sklepem państwa Kusków
 Czytaj więcej
 

Archiwum
2005
2006
2007
2008
2009
Odwiedza nas 91 gości
Odwiedziło nas 3068871 czytelników


Reklama
O firmie
Mapa zasięgu
Siatka modułowa
Zamówienie drobnych
Zamówienie modułowych
Zasady zamieszczania
Cennik ogłoszeń drobnych
Cennik reklam
Adresy biur ogłoszeń
Tygodniki powiatowe
Tygodnik Pułtuski
Tygodnik Nowodworski
Czas Ciechanowa
Lokalna - powiat miński i wesoła
Portal iSerock.pl
 
   
 
Copyright 2008 Agencja TiO