|
Miasto Legionowo, jak na pięćdziesięciotysięczną miejscowość, może się pochwalić pokaźną liczbą klubów sportów walki. Znaleźć można oyama karate, enshin, judo i wiele innych. Ostatnio do tego grona dołączył klub należący do największego karate w Polsce - Kyokushinkai Karate. Z prezesem Bartoszem Cieślakiem udało nam się porozmawiać w naszej redakcji
- Czemu wybrał Pan akurat Legionowo… - rozpoczynamy rozmowę. - W niedalekiej przeszłości istniała już w tym mieście sekcja kyokushin. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, jej prezes zginął w wypadku samochodowym. Pomysł na założenie nowego klubu w Legionowie zrodził się na początku roku. Od tego czasu trwały odpowiednie przygotowania, aby Klub mógł ruszyć z kopyta, wraz z rozpoczynającym się sezonem.
- W naszym mieście jest dużo klubów. Czym wyróżniałby się styl kyokushin na tle innych? - Karate jest o tyle ciekawe, że każdy może uczestniczyć w jakichkolwiek zawodach. W piłce nożnej łatwo trafić na ławkę rezerwowych. Kyokushinkai Karate charakteryzuje się również tym, iż jako jedno z nielicznych sportów walki w Polsce, nie straciło swojej charyzmy. Komercja bowiem zniszczyła ducha walki w judo, taekwon-do i w kilku innych dyscyplinach. Tam liczy się już głównie sława, sukcesy i pieniądze… - … a Kyokushin? - Założyciel naszego stylu, Sosai Masutatsu Oyama przestrzegał za życia wszystkich, aby naszego Karate nie wprowadzać na olimpiadę i innych tego typu imprezach. Aby nie zniszczyć prawdziwego ducha walki, który nakazuje uprawiać ten sport nie dla pieniędzy czy sławy, ale dla walki z samym sobą i swoimi słabościami. - Istnieją jednak imprezy o wielkiej komercji, jak chociażby K-1. Występowali tam dwaj zawodnicy Kyokushinkai: Andy Hug, a ostatnio z powodzeniem radzi sobie też Francisco Filio. - Zarówno jednego, jak i drugiego charakteryzowało i charakteryzuje odpowiedzialne podejście do życia sportowego i nie tylko. Potrafią oni rozróżnić walkę od komercji. Zresztą, na tegorocznym zgrupowaniu kadry szkoleniowej w Krakowie miałem okazje rozmawiać z shihanem Filho. Powiedział mi, że chciał sprawdzić wyłącznie, czy K-1 jest rzeczywiście takie twarde, jak się mówi. Pierwszą walkę wygrał nokautując przeciwnika jednym ciosem. Drugą też. W końcu doszedł do wniosku, że mu się to spodobało, dostał ciekawą ofertę i ze spokojem radzi sobie do dziś. Andy Hug natomiast wyróżniał się bardzo odpowiedzialnym podejściem do tego typu walk. Zresztą nie bez przyczyny dostał od Japończyków przydomek, „niebieskooki samuraj”. Szkoda, że nie ma go już wśród nas. Zmarł bowiem w 2000 roku na białaczkę. - Ma Pan jakieś konkretne plany związane z klubem? -Jest ich ogromna ilość! Jednym z nich, jest pomysł na zorganizowanie wielu ciekawych imprez dla najmłodszych. W grudniu odbędzie się na przykład turniej gwiazdkowy dla dzieci, na który serdecznie wszystkich zapraszam. Będzie można obejrzeć zmagania naszych najmłodszych adeptów, jak również pokaz umiejętności naszych „koni” (uśmiech). Nie odbędzie się również bez pokaźnego poczęstunku, tzw. „Sayonara” |