Oczom kilkunastu osób, jakie w sobotę, 10 czerwca kontrolowały schroniska dla zwierząt w Krzyczkach ukazał się makabryczny widok. Po rozkopaniu ziemi wokół schroniska, z płytkich dołów wyciągnięto ciała ponad setki zamordowanych psów i kotów. Prokuratura zdecydowała o zatrzymaniu Zdzisław L., właściciela „Krzyczek” i kierowniczki tegoż schroniska, Anny Cz. Tymczasem świadkowie twierdzą, że zwierzęta mordowano też w schronisku w Chrcynnie.
Czekamy pod bramą Akcja przeprowadzona w sobotnie południe przez opiekunów zwierząt z Mazowsza i Krakowa była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Opiekunom, którzy w pewnych kręgach wypracowali już sobie przydomek „oszołomów” towarzyszyła sędzia, lekarz weterynarii i gromada dziennikarzy. Początkowo jednak wydawało się, że i ta próba skontrolowania skończy się tak, jak i wszystkie poprzednie. Przez ponad dwie godziny przyjezdni przetrzymywani byli przed zamkniętą na głucho bramą. W tym czasie wewnątrz ogrodzenia kilka osób w pośpiechu sprzątało boksy i przyległy do nich teren. Po okolicy rozszedł się duszący zapach lizolu. Nie próżnowali też i ci, którzy zostali przed bramą. Zaopatrzeni w łopatę, poszli przekopywać ziemię w odległości dwóch kroków od ogrodzenia. Pierwsze psie zwłoki wydobyto już po chwili. Doły pełne zwierzęcych zwłok Na miejsce wezwano policję. Przybyły dwa radiowozy wraz z komendantem nasielskiego komisariatu. Ściągnięta na miejsce koparka zaczęła odkrywać niesamowity widok. Dziesiątki zwierzęcych ciał w różnym stopniu rozkładu wydobywane na powierzchnię łyżką koparki. W pewnej chwili operator maszyny odmówił dalszej pracy. Pobiegł w zarośla opróżnić zawartość żołądka. W jego ślady szli policjanci, dziennikarze... Do otwartych grobów nie można było podejść na odległość stu metrów. Prace dało się wznowić dopiero po dostarczeniu na miejsce masek gazowych. Mimo to, następnego dnia ludzie zaczęli odczuwać objawy zatrucia. Właściciel schroniska Zdzisław L., kpiąc sobie ze zgromadzonych ludzi twierdził, że w jego schronisku nie dzieje się nic niezgodnego z prawem, a za całe zamieszanie odpowiadają nawiedzone baby. W zapewnieniach tych wtórował mu Cezary Witeszczak, lekarz weterynarii nadzorujący schronisko. Według niego działa ono wedle amerykańskich wzorców, a martwe zwierzęta zapewne podrzuciły niechętne osoby. -Czy pan szczepił tu psy - dopytywała lekarka weterynarii przybyła wraz z opiekunami zwierząt -Tak, szczepiłem - krótko odparł Witeszczak. -A na co Pan je szczepił? -Na co było potrzeba. -A skąd te martwe psy? -Ja uważam, że to niechętne nam osoby podrzuciły tu. W tym duchu przebiegała cała rozmowa nie tylko z weterynarzem, ale i szefem schroniska. Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy do miejscowych policjantów dołączył komendant Komendy Powiatowej Policji w Nowym Dworze Maz. Witeszczak przestał się uśmiechać, wkrótce zniknął zupełnie, Zdzisław L. zaszył się w głębi, a pracownicy stracili cały wigor, jaki wcześniej demonstrowali. Policja podjęła decyzję o zabezpieczeniu wszystkich dostępnych dokumentów, a później, za zgodą prokuratora, zatrzymaniu Zdzisława L. i Anny Cz. Zdaniem funkcjonariuszy istniała uzasadniona obawa mataczenia i ukrywania faktów, a nawet nakłaniania świadków do składania fałszywych zeznań. Sam Zdzisław L., który przed laty współprowadził schronisko w Józefowie koło Legionowa, a później kandydował na radnego, może mieć postawionych wiele zarzutów. Najpoważniejszym z nich, jeśli zostanie mu to udowodnione, będzie niezgodne z prawem mordowanie zwierząt. Polskie ustawodawstwo przewiduje humanitarne uśmiercenie zwierzęcia jedynie z uwagi na nieuleczalną chorobę i zaawansowany wiek. Ciała takich zwierząt, padłych lub uśpionych, powinny być poddawane utylizacji w wyspecjalizowanych firmach. Problem w tym, że taka utylizacja kosztuje znacznie więcej niż dziesięć minut pracy robotnika w pobliskich brzózkach. Przed oblicze prokuratora wezwano w poniedziałek Jacka Leszczyńskiego, powiatowego lekarza weterynarii w Nowym Dworze Maz. i Legionowie, który z urzędu zobowiązany jest do kontroli schronisk. Leszczyński jeszcze dwa tygodnie temu w rozmowie z naszą redakcją zapewniał, że schronisko prowadzone jest wedle najlepszych zasad a psy dobrze traktowane. Ten sam lekarz kontrolował również schronisko w Chrcynnie, dokąd trafiają psy z większości gmin powiatu legionowskiego. Tam, wedle opiekunów zwierząt, także dzieją się zaskakujące rzeczy. To też „nasze” psy Gminy powiatu legionowskiego podpisały umowy ze schroniskiem w Chrcynnie. Do Krzyczek dostarczał je jedynie Wieliszew. Mimo upływu kilkudziesięciu godzin, władze Wieliszewa nie były jeszcze w poniedziałek poinformowane o zaistniałych wydarzeniach. Edward Trojanowski, wójt gminy, przyznał jedynie, że kilka dni wcześniej urzędniczka UG kontrolowała warunki, w jakich psy w schronisku przebywają. Kontrola, mimo że przeprowadzona na podstawie doniesień organizacji broniących praw zwierząt, niczego niepokojącego nie wykazała. Ręka rękę myje Pogłoski o nieludzkim traktowaniu zwierząt w schroniskach dawało się słyszeć od dawna. W badaniu sprawy prym wiodły dwie panie z Legionowa, Maryla Chojnacka i Wiesława Burns. Obie zgromadziły opasłe teczki dokumentów, podań, skarg i petycji, jakimi zalewały urzędy, radnych i prasę. Prokuratura wszczynała dochodzenie, po czym szybko je umarzała. Powiatowy lekarz weterynarii podpisywał się pod najlepszymi opiniami. Jednak niepokój w środowisku dawało się wyczuć. Informacje pomiędzy pewnymi osobami przepływały bardzo szybko. Krystyna Sroczyńska jest prezesem Fundacji dla Ratowania Zwierząt Bezdomnych. Poinformowała powiatowego lekarza weterynarii o zamiarze przeprowadzenia kontroli w schronisku. Wspomina, jak wkrótce potem odebrała telefon od Leszczyńskiego. Ten miał radzić, by „porozumiała” się z panem L, prowadzącym Krzyczki. Sroczyńska zdecydowanie odmówiła. Dzień później odebrała kolejny telefon. Tym razem bezpośrednio od L. Jak twierdzi pani prezes, słowa mało kulturalne mieszały się z groźbami. O „dziewictwie” obu podnasielskich schronisk miały świadczyć wyniki urzędowej kontroli. W ubiegłym tygodniu przeprowadził je... dr Jacek Leszczyński pospołu z urzędnikiem Urzędu Miasta w Nasielsku. Dwa sporządzone raporty wykazują, że kontrolerzy nie wykryli żadnych nieprawidłowości. Znikające psy Raportowaniem sytuacji w schroniskach całej Polski zajmuje się fundacja Azyl pod Psim Aniołem. Z jej danych, opracowanych za pieniądze Fundacji Batorego wynika, że w 2005 roku do Krzyczek trafiły 993 psy z 33 gmin. Samorządy zapłaciły za to blisko pół miliona złotych. Tymczasem na terenie schroniska przebywa obecnie niewiele ponad 150 zwierząt. Podobna sytuacja jest w Chrcynnie. Tu w ubiegłym roku miało trafić 555 czworonogów. Obecnie jest ich 155. Pozostałe, według Krzysztofa Łukaszewicza, właściciela schroniska, oddano do adopcji. Nieliczne sztuki padły lub zostały uśpione. Odliczając zatem te „nieliczne” padłe, około 350 psów powinno wprost z Chrcynna trafić w ciągu roku do adopcji. Proste obliczenie wskazuje, że każdego dnia roku, do bramy schroniska winien zgłaszać się ktoś pragnący przygarnąć psa. Młotkiem w głowę Andrzej W., były pracownik schroniska w Chrcynnie ma inne wspomnienia: - Początkowo ludzie brali co ładniejsze psy, ale później... Jego żona, pracująca tam dwa lata „na czarno” dodaje, że były takie miesiące, szczególnie zimą, że do adopcji nie trafił ani jeden pis. Co zatem działo się ze znikającymi zwierzętami? -Widziałem jak Łukaszewicz zabijał młotkiem psy - zapewnia pan Andrzej. Co się stało z resztą zwierząt, małżeństwo W. nie wie. „Gdy przychodziliśmy rano do pracy, to psów już nie było” - mówią zgodnie. Pewne poszlaki jednak są. Świadkowie widzieli psy pozagryzane w kojcach i padające od chorób. K. Łukaszewicz na stawiane mu zarzuty odpowiada śmiechem. - Andrzej W. tu pracował. Miał coraz to wyższe wymagania finansowe. Gdy poczuł się zawiedziony, zaczął opowiadać te bzdury - mówi. Miska z 11 groszy? Urzędy podpisują ze schroniskami dwojakiego rodzaju umowy. Może to być ustalona z góry, jednorazowa opłata za przyjęcie zwierzęcia do schroniska lub dzienna stawka za jego utrzymanie. Psy, które trafią do schroniska wedle drugich zasad, są tam otoczone opieką i chronione przed adopcją. Utrata takiego psa, to odcięcie źródła dochodu. Natomiast psy, za które wniesiono jednorazową opłatę, są jedynie ciężarem, który trzeba się karmić, leczyć i zapewnić dobry dach nad głową. To już żadnej interes. Urząd Gminy w Jabłonnie na opiekuna „swoich” zwierząt wybrał Chrcynno. Za jednego przyjętego tam psa jabłonowski podatnik jednorazowo płaci właścicielom schroniska 390 złotych. Taki pies może teoretycznie żyć nawet kilkanaście lat. Zakładając, że będzie to dziesięć lat, dzienna stawka na jego utrzymanie wynosi około 11 groszy. Oczywiście, za takie pieniądze psów utrzymać się nie da. Z pomocą przychodzą więc dysponujące tłuściejszym portfelem miłośnicy zwierząt. Jednym z nich jest Wiesława Burns, która w Chrcynnie zadaszyła psie boksy, wybudowała - jak wspomina - wodociąg i wsparła je tysiącami złotych. Takich sponsorów jest wielu. Teoretycznie więc schroniska nie są firmami dochodowymi, a działają za pieniądze sponsorów. Ci jednak w ostatnim czasie odsunęli się od świadczenia pomocy np. placówce w Krzyczkach patrząc, jak Zdzisław L. w ciągu ostatnich trzech lat wznosił swoje „ranczo” czy kupował kolejne samochody. * W Krzyczkach działo bardzo źle. Czy ujawnienie potwornych faktów zmusi urzędników do staranniejszej kontroli losu zwierząt i tego, na co wydawane są społeczne pieniądze?
| Komentarze () >> |
 |
|