Facebook

JUBILEUSZ KOMBATANTA. 200 lat dla Pana Tadeusza!

2020-05-21 8:52:29

Niebawem piękny jubileusz Tadeusza Kuźmy z Rembelszczyzny (gmina Nieporęt). Ten zacny mieszkaniec, kombatant z dziada pradziada 25 maja 2020 r. skończy 95 lat. Życzymy Mu odporności, zdrowia i wielu szczęśliwych chwil w otoczeniu kochającej rodziny i życzliwych ludzi

Na łamach „To i Owo” wielokrotnie prezentowaliśmy Jego sylwetkę i bohaterską postawę podczas II wojny światowej oraz po jej zakończeniu. Tym razem Jego historia przybliży czytelnikom realia wiejskiego życia w latach 30-tych i 40-tych XX w., w tym – wysiedlenie mieszkańców m.in. z Rembelszczyzny, Kobiałki, Stanisławowa czy Nieporętu i ich „drogę przez mękę” do Twierdzy Modlin.

Zabudowa drewniana, gacone chałupy

Bohater tego tekstu, cieszy się zdumiewającą pamięcią. O tym, że to nie blef zaświadczy każdy członek Jego rodziny. Fakt, że przez kilka lat spisywał swoje wspomnienia i dzięki temu w pamięci odnalazł zdumiewającą liczbę szczegółów, jego relację czyni bardzo wartościowym świadectwem tamtych czasów. W Rembelszczyźnie Jego rodzina żyje od kilku pokoleń. Za czasów Jego dzieciństwa siedliska wsi były lokowane wzdłuż szosy ze Strugi do Legionowa (dawniej zwanego Gucinem). Zabudowa okoliczna była drewniana, natomiast chałupy mieszkalne, gumna i obory stawiano z kamienia z dodatkiem cegły. W niektórych zagrodach w jednym budynku była izba mieszkalna i pomieszczenia dla zwierząt. W trzecim dziesięcioleciu XX w. w Rembelszczyźnie istniało około 40 gospodarstw. Biedniejsi gospodarze gacili chałupy (ocieplali) przed zimowymi mrozami słomą, liśćmi lub mchem z okolicznych lasów. Dużo domów było krytych słomą, natomiast stawiane przez bogatszych gospodarzy po I wojnie, były już kryte dachówką ceramiczną.
Młodziutki Tadeusz Kuźma ukończeniu 7 lat ruszył do gminnej szkoły, która była w Stanisławowie. Było to jesienią 1932 r. Po ukończeniu 6-ciu klas, w roku 1938 rozpoczął naukę w szkole w Nieporęcie, która zapewniała pełny zakres edukacji podstawowej. Na naukę chodził pieszo. W tym czasie niewiele okolicznych dzieci kształciło się dalej. Szkołą w Nieporęcie kierował pan Bronisław Tokaj. Uczył języka polskiego, a jego żona – matematyki. Pan Kazubski z kolei wykładał przyrodę i uczył rysunku. Po ukończeniu szkoły Tadeusz zdał egzamin do warszawskiego Liceum Władysława IV, a Marian – jego stryjeczny brat – do szkoły zawodowej na zbrojmistrza. Wybuch II wojny światowej spowodował, że Tadeusz nigdy nie zasiadł w ławach szkolnych liceum, bo rodzice obawiali się w latach okupacji wysyłać go do Warszawy. W zastępstwie skończył szkołę rolniczą zawodową w Nieporęcie i potem szkołę podoficerską w ramach służby w Armii Krajowej.

Wojna, okupacja, handel

– Rano 1 września 1939 r. samoloty, strzelanina! Starsi twierdzili, że to nasi ćwiczą z Anglikami i Francuzami. Dopiero, jak wróciły ciotki z handlu w Warszawie, dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna. We wsi zostały rozwieszone plakaty mobilizacyjne i mężczyźni ruszyli do wojska – opowiada Tadeusz Kuźma.
Okupacja niemiecka znacznie zmieniła warunki życia. Od mieszkańców okolicznych wsi, np. Rembelszczyzny, Kobiałki, Nieporętu wymagała sprytu i wielkiej spostrzegawczości, bo okupanci wywozili młodych ludzi do Niemiec. Żeby przetrwać, trzeba było być przedsiębiorczym. – Handlowało się wtedy wszystkim. Kupowaliśmy siano w Olszewnicy, Skrzeszewie, Kałuszynie i dostarczaliśmy do Warszawy. Kupcami byli na przykład przedsiębiorcy z Bródna. Handlowałem także mięsem i drzewem. Z drewnem jeździłem do piekarni i do składu opałowego na Pelcowiźnie. Moi koledzy również się tym trudnili i dostarczali drewno różnym odbiorcom w Warszawie – mówi pan Tadeusz.
Zarabiał też handlując mlekiem. Zajmował się tym do 1942 r. wspólnie z Marianem Kuźmą, zwanym „Bębkiem”. Bańki z mlekiem, mieli umocowane do rowerów. Dowozili ten towar sklepikarzowi na ulicę Pańską, w Warszawie. Rowerami dojeżdżali na Bródno, a dalej tramwajem. Ich handlem zainteresowało się polskie dowództwo i zostali kurierami. W jednej bańce mieli skrytkę, w której przewoziliśmy różne materiały. W razie wpadki, byli wyposażeni w ampułki cyjanku (truciznę), które mieli zażyć, by nie wsypać innych podczas bezwzględnego przesłuchania. Meldunki te dostarczał łącznik od Tokaja. Jeździli tak około roku.
– Organizatorami podziemia, czyli Związku Walki Zbrojnej przemianowanego później w Armię Krajową byli u nas nauczyciele. W kwietniu 1941 r. zorganizowano w Stanisławowie Straż Pożarną, a strażacy zostali wyposażeni w sprzęt. Pod przykrywką straży zostały jednak zorganizowane struktury zbrojnego podziemia. Ochotnicy zostali zaprzysiężeni i rozpoczęły się cykliczne szkolenia. Pierwsze ćwiczenia z bronią były w budynku Straży. Mnie do Armii Krajowej wciągnęli moi nauczyciele z Nieporętu: Tokaj i Kazubski – wspomina Tadeusz Kuźma.
Jednocześnie w Nieporęcie, w ramach Szkoły Rolniczej, odbywały się zajęcia szkoły podoficerskiej. Odpowiedni kurs trwał 10 miesięcy.

Tadeusz Kuźma w środku

1 sierpnia 1944 r.

Do wybuchu Powstania Warszawskiego przygotowania trwały kilka lat: okoliczni żołnierze kończyli szkoły podoficerskie, odbywały się szkolenia, nocne odbiory zrzutów broni itd. Z pierwszym dniem sierpnia 1944 r. Tadeusz Kuźma otrzymał rozkaz dotyczący zbiórki. Spod domu Deputy, z karabinami na ramionach ruszyli do lasu pod Nieporęt. To tam było zgrupowanie plutonów. Patrole ruszyły na szosę nieporęcką i zegrzyńską, a dowództwo miało siedzibę w leśniczówce w Kątach Węgierskich. – Wszyscy młodzi rwali się do boju, ale co tu kryć – mieliśmy 1 karabin na dziesięciu. Wiedzieliśmy, że sowieckie czołgi są na Strudze. Udało nam się do nich dotrzeć, ale one nie ruszyły w pustą przestrzeń nad Wisłą. Za 2 dni natomiast od Wisły nadciągnęły mocne siły niemieckie, które pod Strugą rozbiły Sowietów i zajęły stanowiska obronne pod Radzyminem. My natomiast zmobilizowani czekamy, co dalej. Wszystko to dzieje się w lasach na linii frontu – opowiada pan Tadeusz.
Po kilku dniach nadszedł rozkaz utworzenia jednej kompanii, która ponoć ma ruszyć w lasy arciechowskie. Dowódca Karol Kopyściński, pomimo chęci żołnierzy do walki, rozkazał rozejść się do domów.
– Gdy przyszedłem do domu, okazało się, że mój dom i cała wieś puściusieńka. Dowiedziałem się jednak, że rodzina jest na Olesinie. Wziąłem więc nasze krowy i wspólnie ze Stefankiem i Mańkiem Stromeckim, pędzę je w głąb lasu. Byli tam także sowieccy żołnierze, z którymi zostałem 2-3 dni. Nocami wypasałem krowy na łąkach kobialskich, a w dzień w głębi lasu. Jedzenie donosił mi ojciec. Kiedy powiedziałem mu, że Sowieci chcą mnie do swojego wojska, nie zgodził się. Uciekłem więc do pobliskiej wsi Ruskowy Bród. Tam jednak niemieckie wojska zarządziły ewakuację i ruszyliśmy w kierunku Kobiałki – wspomina Tadeusz Kuźma.
Był już wtedy razem z najbliższą rodziną. Jechali wozem na żelaznych kołach, zaprzężonym w konia. Towarzyszyli im w drodze sąsiedzi: Frania Bień, Paweł Bień z rodzinami oraz Kawka. Ponieważ już od czerwca 1944 r. wieś przygotowywała się do wysiedlenia, mieszkańcy już wcześniej poukrywali trwałe narzędzia i zboże (zostały zakopane).

Wojenna tułaczka i krowia pomoc

Na wozie, którym jechali mieli prowiant: worki mąki, ziemniaki i kaszę. Przywiązane były do niego 2 krowy. To, że mieli mleko od krów, było bardzo ważne dla grupy ludzi, która z nimi jechała. Na kilka dni zatrzymali się u znajomej w Płudach, ale zjawili się niemieccy żołnierze i nakazali opuszczenie tej wsi. Ruszyli więc do Choszczówki i gdy przejeżdżali przez przejazd kolejowy stało się nieszczęście. Niemcy zabrali im konia, podobnie jak i innym.
– Stoimy, inni również, sytuacja beznadziejna… Szwaby krzyczą: raus, raus i mocno machają karabinami. Niektórzy wzięli więc z wozów płachty i zapełnili je żywnością oraz ubraniami. Małe węzełki zrobili dla dzieci do niesienia i ruszyli przed siebie. Już nie pamiętam, kto wpadł na pomysł, żeby do naszego wozu zaprząc krowy… Założyliśmy na nie chomąta, bez podkładek. Jedna krowa obok drugiej i wóz ruszył – wspomina kombatant. Towarzyszyli mu wtedy: ojciec Antek, matka Elżbieta, brat Antek oraz sąsiedzi z Rembelszczyzny, których rzeczy były na ich wozie. Za nimi jechał Paweł Bień z rodziną, Frania Bień (jej mąż był wtedy w niewoli u Sowietów), pani Jaworska, i Janek Kawczak z małym dzieckiem. Przed krowami szła Elżbieta Kuźma i Rózia Bieniowa, które karmiły krowy zrywaną po drodze trawą. W ten sposób udało im się uratować dobytek z wozu.
Potem ruszyli w kierunku Jabłonny. W czasie marszu okolice były ostrzeliwane przez rosyjską artylerię. Pociski padały jakieś 200 m od drogi, którą poruszał się nasz wóz. W pewnym momencie ich odgłos przestraszył ulubionego kotka, który wyskoczył z wozu, za nim młodszy brat Tadeusza i zatroskana matka. Tolek z matką oraz odnalezionym uciekinierem – kotkiem dołączyli do nich dopiero w Jabłonnie.
O kolejnych etapach wojennej tułaczki, zestrzelonym samolocie, nieszczęśliwych uciekinierach i bestialskich Niemcach napiszemy w kolejnym odcinku wspomnień Tadeusza Kuźmy.

Opracowała Olga Gajda

Tadeusz Kuźma urodził się 25 maja 1925 r. w Rembelszczyźnie. Jego rodzice to Elżbieta z domu Szczur i Antoni Kuźma. Ochrzczony został w kościele parafialnym w Nieporęcie. Jego ojciec był żołnierzem artylerii konnej w armii carskiej. Stacjonował koła miejscowości Homel. Po rewolucji w Rosji został żołnierzem korpusu Dowbor Muśnickiego. Po I wojnie wstąpił do Związku Dowborczyków. Po powrocie Korpusu do Polski, brał udział w wojnie z Sowietami. Potem pracował w wojsku jako szef brygady remontowo-budowlanej. W lipcu 1939 r. został zmobilizowany, a po klęsce wrześniowej znalazł się w niewoli sowieckiej, z której uciekł. Po prawie 2 miesiącach tułaczki wrócił do domu. W czasie okupacji był agronomem gminnym, a po II wojnie światowej powiódł swoją rodzinę i rodziny braci na Mazury, w okolice Grunwaldu.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *