Facebook

Jubileusz kombatanta: Bombardowania, ostrzał, wygnanie

2020-06-18 7:58:26

Niedawno Tadeusz Kuźma z Rembelszczyzny (gmina Nieporęt) skończył 95 lat! W majowym numerze „To i Owo”, wraz z nieustającymi życzeniami zdrowia i odporności, przedstawiliśmy realia dzieciństwa i młodzieńczych lat tego kombatanta. Było więc o edukacji, Armii Krajowej, okupacji niemieckiej, Powstaniu i ewakuacji mieszkańców z terenów wiejskich, realizowanej przez niemieckie wojsko.

Tadeusz Kuźma na zdjęciu w środku

We wrześniu 1944 r. , jeszcze podczas Powstania Warszawskiego, niemieccy okupanci przeprowadzili ewakuację mieszkańców z terenów: obecnej gminy Nieporęt oraz współcześnie należących do warszawskiej gminy Białołęka. W tym czasie przybywało na te tereny coraz więcej wojska pod radzieckim dowództwem. Wśród ewakuowanych szli również członkowie konspiracji z 1 Rejonu Marianowo-Brzozów, VII Obwodu Armii Krajowej, którzy służyli w III batalionie pod dowództwem Bronisława Tokaja. Opuszczali swoje domostwa jednak nie w charakterze żołnierzy, ale wygnańców zmuszonych do wykonywania rozkazów najeźdźców. Wśród nich maszerował 19-letni Tadeusz Kuźma ps. „Kruk” z rodziną, a gdzieś w oddali także mój ojciec (tata autorki tekstu) 21-letni Edward Gajda ps. „Korzeń” wraz z młodszym bratem Kazimierzem. Z krowami oraz dobytkiem i prowiantem na wozach (worki mąki, kaszy i ziemniaki) zaprzężonych w konie, ludność była pędzona w kierunku Jabłonny, Modlina, by ostatecznie dotrzeć do Niemiec.

Płacz i prośby do Boga

Po wypędzeniu z Ruskowego Brodu, marszu przez Kobiałkę i kilku dniach w Płudach, rodzina Kuźmów straciła konia, którego przejęli Niemcy. Szczęśliwie jednak Kuźmowie mieli krowy, które wabione zrywaną trawą, pociągnęły wóz, na którym był dobytek zarówno ich, jak i sąsiadów. Tadeuszowi towarzyszyli wtedy rodzice (Elżbieta z domu Szczur i Antoni) oraz młodszy brat Antoni. W pobliżu szli sąsiedzi, m.in. Frania Bień, Paweł Bień z rodzinami, pani Jaworska oraz Kawka.

Gdy wyjechali z lasu na pola Starej Jabłonny (obecnie wieś Jabłonna), po lewej stronie drogi zobaczyli 4 stanowiska niemieckiej artylerii – po 3 działa. Salwami biły one na Brzeziny, a może na Tomaszów. Po kilkunastu minutach usłyszeli także potężny warkot. Ogromne samoloty nadlatywały znad Wisły, po trzynaście sztuk w kluczu. Okoliczności te mogły stwarzać ogromne zagrożenie dla życia, ponieważ na drodze było mnóstwo pędzonych Polaków i pełno Niemców na polach – potencjalnych celów atakujących. Nic więc dziwnego, że rozległ się płacz i wznoszenie rąk do Boga.

– Wybiją nas wszystkich – lamentował tłum.

Po chwili jednak wszystko zamarło i nastała cisza… Z daleka wyglądało, że z samolotów ludzie zaczęli wyskakiwać na spadochronach. Okazało się jednak, że nie był to desant, ale zbliżały się do ziemi pojemniki z bronią dla Warszawy. Niestety w większości wpadły one w niemieckie ręce. W reakcji na zaistniałą sytuację, niemiecka artyleria przeciwlotnicza zaczęła intensywnie strzelać. Niestety skutecznie. Trafili jeden z tych samolotów i po kilku sekundach w trzech częściach runął na ziemię, za Wisłą.

Gdy samoloty odleciały, Niemcy dalej popędzili tłum. Postój zarządzono w Starej Jabłonnie.

Przydałby się koń…

– My zatrzymaliśmy się zaraz obok pierwszych budynków. Wiem, że kilku cwaniaków handlowało z Niemcami. Zabierali krowy, bili i sprzedawali mięso. Jednak naszych krów zaprzężonych do wozu, nikt nie ruszał. Staliśmy tam chyba ze 3 dni – opowiada pan Tadeusz. Jednego dnia, gdy z Władziem rankiem nieśli owies w słupkach dla krów, zobaczyli biegnącego konia. Zwierzę choć przestraszone, było na tyle głodne, że skusiło się na wyciągnięty owies i przystanęło.

Gdy chwilę pojadł, złapałem go za uzdeczkę i uwiązałem do naszego wozu. I gdybym od razu poszedł z nim do Franka Rembelaka, to bym miał konia… Kawałek od nas stali jednak ludzie wypędzeni z Wołomina, łącznie z tymi, co zabierali krowy. Może minęły 2 godziny, jak przyszli do nas z Niemcami i konia zabrali – wspomina lekko rozgoryczony kombatant.

Ale w tej sytuacji sprawdziło się powiedzenie: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Okazało się, że następnego dnia, gdy Niemcy rozkazali dalszy marsz w nieznane, Kuźmowie spotkali Władka Rembelskiego, który miał przy wozie uwiązanego drugiego konia. Miał nadpaloną sierść i był zraniony. Rembelski powiedział do starszego Kuźmy:

– Antek, jak chcesz, to weź tego opalonego, bo i tak go puścimy. W przeciwnym razie zabiorą nam tego dobrego.

Kuźmowie więc wzięli tę klacz. Dowiedzieli się potem, gdzie można kupić bańkę oleju w celu wysmarowania konia, by mu nieco ulżyć i przyśpieszyć gojenie się skóry. W takich okolicznościach dotarli do Jabłonny, gdzie przebywali 4 dni.

Młodsi – na prawo, starsi na – lewo!

W tym czasie Niemcy nieustannie pędzili gromady ludzi na most pontonowy na Wiśle, który usytuowany był na wysokości Rajszewa.

– Gdzie tych ludzi pędzili? Nikt wtedy nie wiedział. Krążyły pogłoski, że zamykali ich w obozie za Wisłą. Ale prawdy wtedy nikt nie znał –komentuje Tadeusz Kuźma.

Po postoju w Jabłonnie niemieccy żołnierze kolejny raz rozkazali – raus – i mieszkańcy Rembelszczyzny oraz okolicznych wsi znowu ruszyli w nieznane. Szli drogą na Rajszew. W nocy przeszli przez most i gdy zaczęło się trochę rozwidniać, dotarli na pola. Następnie doszli do miejscowości Łomianki, gdzie Niemcy rozpoczęli segregację ludzi. Na jedną stronę rozdzielili zdrowych, silnych i młodszych, a starszych i schorowanych – na drugą. Tych ostatnich popędzono gdzieś w nieznane, natomiast 19-letni Tadek Kuźma trafił do pierwszej grupy. Po pokonaniu około 1 km dotarła ona do obozu ogrodzonego drutami, w którym przebywali młodzi ludzie.

– Gdy otwarto bramę, wpędzili nas za druty. Potem przez cały dzień, partia za partią, wpędzali do środka kolejne grupy przybyłych. O suchym pysku przetrzymywali nas tam całą noc pod gołym niebem. Rano usłyszeliśmy rozkaz, by przy bramie ustawiać się czwórkami. Zebrało się wtedy około 500 osób. Otoczono nas psami, otwarto bramę i „raus”, znowu w nieznane – opowiada kombatant.

Szóstka straceńców

Nie wiedzieli, gdzie idą. Byli świadomi tylko tego, że ich droga prowadzi do Modlina. Po około 4 kilometrach marszu w kierunku Zakroczymia, zobaczyli po lewej stronie całą wieś w ogniu. Trwała tam intensywna strzelanina, a 6 samolotów sypały się bomby. Niemcy rozkazali wtedy postój, pod groźbą strzałów za najmniejszy ruch.

-Sześciu mężczyzn jednak zaryzykowało. Nie wiem czy wcześniej przekupili Niemców, bo choć ci za nimi strzelali, żaden nie trafił… – wspomina pan Tadeusz.

Uciekinierzy zdołali przebiec 50 metrów do granicy lasku, ale na ich nieszczęście tam także byli Niemcy. Otworzyli ogień z karabinu maszynowego i cała szóstka została zabita…

Gdy pobliska strzelanina trochę ucichła, konwój ruszył dalej. Po pokonaniu mostu na Wiśle, dotarli do Zakroczymia. Po kolejnej godzinie wędrówki ukazały się im Forty Modlina. Otwarto przed nimi bramę i wpędzili do środka. Na zboczach fortów dostrzegli wykopane nory, w których znajdowało się trochę siana. Gdy zachodził zmierzch, podszedł do nich Niemiec i tłumacz. Rozkazał zbiórkę kobiet, które potem zaprowadzono gdzieś w nieznane. Mężczyźni spędzili noc w norach na zboczach fortów. Było w nich mnóstwo wesz, które dotkliwie ich pogryzły. Rankiem wróciły kobiety. Okazało się, że spały wewnątrz fortu, gdzie było nawet ciepło. Choć leżały na słomie, im także wszy dały im się we znaki.

Głód, wszy i strach

Po wielodniowym marszu wysiedleńcom kończyły się zapasy. Wśród idących narastała coraz większa obawa o: bliskich, z którymi zostali rozdzieleni, swoje życie oraz pozostawione gospodarstwa. Odczuwali coraz większy głód i zaczęły nękać ich choroby.

– Lichą strawę w porze obiadu podali nam w brudnych puszkach od konserw. Byłem na tyle szczęśliwy, że miałem swoją miseczkę z łyżką – opowiada pan Kuźma.

Dopiero rankiem, na drugi dzień dostali po 2 kromki chleba i napój z suszonych owoców. Na obiad była zagęszczona zupa, a na kolację – kromka chleba i herbata z mięty. Przez kolejne dni ich posiłki były identyczne.

Codziennie widzieli nowe transporty ludzi. Nowoprzybyli musieli już wykopywać sobie wnęki do spania. Można tam było jednak nieco zadbać o higienę ciała, bo rano, po obiedzie i kolacji okupant zapewniał dostęp do wody.

Po kilku dniach w Fortach Modlin, grupa z Tadeuszem Kuźmą znowu ruszyła w drogę. Na odchodne każda czwórka dostała bochenek chleba. Na stacji kolejowej w Modlinie, po czterdziestu zostali załadowani do wagonów towarowych. Zapełnionych zostało w ten sposób 25 sztuk. Po kilku godzinach drogi, udało im się odczytać przez szpary wagonu, że mijają Toruń.

– Już pod wieczór dojechaliśmy znowu na dużą stację. I też przez szpary dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w miejscowości Bromberg, czyli w Bydgoszczy – opowiada pan Tadeusz.

W dalszą drogę ruszyli około północy. Gdzie, po co, na jaki czas? Wielka niewiadoma. Wiele wskazywało jednak, że ich kierunek to … Niemcy.

Koniec części drugiej. W kolejnej – o alianckich nalotach, oczyszczaniu miast po bombardowaniach i realiach niemieckich wsi z I poł. XX w.

Opracowała Olga Gajda

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *