Facebook

LEGIONOWO. César Franck, godny następca Bacha

2015-08-28 3:24:28

Tym razem (23 VIII) trio instrumentów dętych wplotło się w muzykę organową graną solo.

 

Były to właściwie dwa osobne występy; osobne, a jednak korespondujące ze sobą. Łącznikiem – muzyka Jana Sebastiana. Najpierw oboista Marek Mleczko, klarnecista Roman Widaszek i fagocista Paweł Solecki zagrali Sonatę triową BWV 525, potem organistka Maria Terlecka wykonała Preludium i fugę h-moll BWV 544. Ujrzeliśmy dwa oblicza Lipskiego Kantora. Pierwszy utwór to muzyka pełna polotu, wdzięku i radości (zwłaszcza w pierwszej części). A także filigranowa. Drugi – o fakturze masywnej, wyraża głęboki smutek (zwłaszcza fuga).

I jeszcze raz tonacja h-moll: intensywne, pełne wyrazu Preludium, fuga i wariacje CésaraFrancka. Jeśliby temu dziełu przypisać treści religijne, powiedzielibyśmy: żarliwa modlitwa. Dzieło trzyczęściowe, o zróżnicowanej formie, ale odznaczające się jednością tworzywa muzycznego, co umiejętnie uwypukliła organistka.

Program zapowiadał jeszcze jeden utwór Bacha: Preludium chorałowe „Nun komm, der Heiden Heiland”. Zapowiedziany, ale nie wykonany, a to w obawie, aby nie znużyć publiczności. Koncert mógłby się przeciągnąć ponad miarę i trzeba było ponoć z czegoś zrezygnować. Za kulisami dyskutowano: usunąć wspomniane Preludium czy Chorał Marcela Dupré. Pani Maria wolałaby zagrać Preludium chorałowe, które uwielbia i którego wykonywanie jest dla niej źródłem głębokiego, wyciskającego łzy wzruszenia. Przeważyło jednak zdanie prowadzącego festiwalowe koncerty Wojciecha Włodarczyka, który na temat Dupré miał nam sporo do powiedzenia. Istotnie, komentarz był bardzo interesujący, ale chyba muzyka ważniejsza?

Ten strach, żeby nie zmęczyć słuchaczy, to coś, czego nie pojmuję. Jedno z dwojga, albo kompozycje zasługują na wysoką ocenę, albo należy uznać je za mierne. W pierwszym przypadku choćby koncert trwał znacznie dłużej niż zwykle, nie będzie to dłużyzna, w drugim – nawet jeden kwadrans to już za wiele.

*

Brak miejsca w poprzednim numerze sprawił, że o jednym z trzech koncertów danych 16 VIII mogłem tylko napomknąć i nie dane mi było zająć się nim w tej mierze, na jaką zasługuje. Wykonawcami byli Michał Jung i Katarzyna Sylla. Uraczyli oni publiczność zarówno dzięki efektownie ułożonemu programowi, jak i wysokiemu poziomowi gry.

Aby powyższe zdanie nie wydało się nikomu czczym przejawem kurtuazji, odwołam się do opinii jednej ze słuchaczek. Pani Beata nie lubi organów, a i za Bachem także nie przepada. Takie przynajmniej miała o sobie dotychczas mniemanie. Na festiwalach nie bywa. Wszystko to nie oznacza, że nie jest wrażliwa na muzykę, wprost przeciwnie, słucha jej przez radio, bywa we Filharmonii. W niedzielę 16 VIII przyszła do kościoła dla posłuchania zapowiedzianego na godz. 16 chóru z Białorusi. Doznała zawodu dowiadując się o zmianie programu. Została jednak.

Rezultatem jest wielkie przeżycie muzyczne, najpotężniejsze w jej życiu. Bachowska Toccata i fuga d-moll, słyszana nie po raz pierwszy, znana i z głośnika, i na żywo, zawsze odbierana raczej spokojnie – tym razem wstrząsnęła nią do głębi, „do trzewi”. Trans, hipnoza, zupełne poddanie się wpływowi muzyki. Wedle jej słów: „Czas się dla mnie zatrzymał.”

Pani Beata chętnie by swoje wrażenia przekazała artyście, jednak refleksja, że mogłaby to uczynić, przyszła zbyt późno. Koncert dobiegł końca, muzycy się rozeszli. Niech więc przynajmniej za moim pośrednictwem dowie się Michał Jung: wśród oklaskującej go publiczności był ktoś poruszony szczególnie.

ANTONI KAWCZYŃSKI

Zdjęcie: MOK Legionowo

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *