Facebook

LEGIONOWO. Ekskluzywny wywiad z Komendantem Straży Miejskiej – Ryszardem Gawkowskim

2020-03-22 9:41:14

Nie ma w Legionowie bardziej rozpoznawalnego pracownika służb mundurowych niż on. Mowa oczywiście o odchodzącym (po 30 latach służby) komendancie Straży Miejskiej

To i Owo: Po 30 latach służby odchodzi Pan na zasłużoną emeryturę. Jak to się stało, że trafił Pan do Straży Miejskiej? Gdzie Pan pracował wcześniej? 

Ryszard Gawkowski: Prawie, 30-sty rok się zaczął. Wcześniej, w latach ’70 pracowałem w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, później zdałem egzaminy do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Później 11 lat pracowałem w Milicji Obywatelskiej tutaj w Legionowie, ale też w powiecie legionowskim m.in. na stanowisku Komendanta Komisariatu w Serocku. Z milicji odszedłem dwa tygodnie przed obradami okrągłego stołu, czyli w 1989 r. W tamtych latach byłem jedynym komendantem, który nie należał do partii. Nie było tego w Polsce. Czasy były niespokojne. Doszedłem do wniosku, że trzeba opuścić te formacje (milicję – przyp.red), bo nie wiadomo w którą stronę to pójdzie. Gdybym przeczekał Okrągły Stół, to może bym został. W kilka dni po odejściu z Milicji wyjechałem do Stanów Zjednoczonych szukając nowego świata. Innego świata, wolnego kraju, a nie zniewolonego jak to wtedy było u nas. Trafiłem do Nowego Jorku. Tam podpatrywałem pracę policji. Po powrocie do Polski w 1990 r., przyszedł do mnie ówczesny radny Solidarności, Piotrek Radzikowski. Powiedział do mnie – Rysiu, planujemy z Wojciechem Juente utworzyć formację jaką jest Straż Municypalna – później nazwana Strażą Miejską. I zapytał czy chciałbym utworzyć i pokierować nią jako pierwszą w kraju. Zaskoczył mnie. Widocznie gdzieś się zasłużyłem, że Solidarność przyszła do byłego milicjanta. Na drugi dzień podjąłem decyzję na tak, zaprosili mnie do Urzędu Miasta i po kilku godzinach byłem zatrudniony i pracuję do dziś. Nabór do Straży Miejskiej był tydzień przed Bożym Narodzeniem w 1990 r., a praktycznie pracę podjąłem 2 stycznia 1991 r. 

TiO: 2 stycznia 1991 r. zostaje Pan komendantem i co dalej?

RG: Prezydentem był Andrzej Kicman, jego zastępcą był Wojciech Juente, pod którego podlegała nowa formacja. Zatrudniono mnie i mojego zastępcę – Tadeusza Połcia. Już pierwszego dnia dostałem polecenie od Wojciecha Juente, żeby w ciągu miesiąca zwerbować, zrekrutować i przyjąć do pracy 16 strażników. To nie było łatwe i dość stresujące. Tym bardziej, że zgodnie z poleceniem prezydenta, kandydaci musieli zostać wybrani z Biura Pośrednictwa Pracy z prawem do zasiłku. Dlaczego były takie warunki? Otóż planowaliśmy dostać dotację. Na dzisiejsze pieniądze, byłoby to ze 300 tys. zł. Oczywiście mieliśmy ograniczone możliwości, ale przy ogromnym wysiłku udało nam się ich znaleźć, sprawdzić. Dużo ludzi odpadło. 

TiO: Trudno było znaleźć odpowiednich kandydatów?

RG: Było ze 30 chętnych, sporo było osób trunkowych, więc na wstępie musieli zostać odsunięci. Musieli być niekarani. Kandydatów sprawdzaliśmy też w ich miejscu zamieszkania. Pomagała nam w tym Komenda Powiatowa Policji w Legionowie, żeby to nie był jakiś tam element, margines społeczny, który utrzymywał kontakt z elementem przestępczym. Po roku prawie połowę zatrudnionych musieliśmy zwolnić, głównie przez alkohol. Na spotkania przychodził trzeźwy, potem zdobył kawałek munduru i w tym mundurze poczuł, że jest bezkarny. Ale szybka, ścisła i systematyczna kontrola sprawiła, że odsunęliśmy ich od Straży Miejskiej. Pracowaliśmy również w nocy,  pamiętam jak jeździliśmy z moim zastępcą, sprawdzaliśmy. Dopiero po roku jak przyszła druga grupa ludzi, już nie z Biura Pracy, tylko normalnie z miasta, zaczęło to funkcjonować normalnie. Część z nich pracuje do dziś. 

TiO: Po naborze zostało Was 16 strażników, z czego połowa została zwolniona w pierwszym roku. Początki nie były więc łatwe?

RG: Dosłownie. Ale nabór naborem, sprawdzić ich czy się nadają, czy nie są karani to jedno, ale dużo trudniejsze było opracowanie wraz z oficerami Centrum Szkolenia Policji programu szkolenia przyszłych strażników. Czyli opracować czym miała się nasza dzisiejsza Straż zajmować. Określić co jest wykroczeniem, co jest przestępstwem. Nauczyć rekrutów samoobrony. Szkolenia trwały w Centrum Szkolenia Policji około 1,5 miesiąca. Przeszkolili Nas i w połowie marca 1991 r. byliśmy skromnie ubrani, przeszkoleni i gotowi do służby.

TiO: Tworzyliście nową formację od zera, jak to wyglądało?

RG: Mieliśmy własny statut. Mieliśmy mundury opracowane na wzór amerykańskiej policji i ośmiokątne czapki, które uszyliśmy je w Warszawie. Wszystko było wymyślone przez nas, nie mieliśmy żadnego wzorca, przepisu, który by to regulował jak dana straż ma wyglądać. Każde miasto tworzyło Straż Miejską: Poznań, Gdańsk, Nowy Dwór Mazowiecki. Ci ostatni zostali powołani miesiąc po nas. Oni znowu mieli czarne skórzane kurtki podobne do tych, jakich używali piloci, takie ramoneski. Każda straż wyglądała inaczej, miała własne emblematy, troszeczkę podobne do dzisiejszych, ale dopiero w 1997 r. weszła ustawa o Strażach Miejskich. Wcześniej była wolna amerykanka. Ja jako komendant Straży Miejskiej miałem na pagonach dwie belki i cztery gwiazdki, to było coś jak nadpułkownik. Wyglądało to źle i było krępujące dla mnie, ale ktoś zasugerował, że tak ma to wyglądać. Dopiero w 1997 r. zostało to uregulowane przez Ministra Spraw Wewnętrznych ustawą o Strażach Miejskich i w tej chwili nie ma takich problemów. 

TiO:  Jakie zadania dostała Wasza nowa formacja? 

RG: Zgodnie z poleceniem prezydenta pierwsze „uderzenie” miało nastąpić na naszym targowisku. Mieszkańcy pewnie pamiętają, że w tamtym okresie nie dało się przez ten plac przejść. Każdy handlował czym i gdzie chciał. Było tam dosłownie wszystko – łącznie z bronią, którą handlowali obywatele byłego Związku Radzieckiego. Natomiast obok było targowisko mięsne, bez środków sanitarnych, fartuchów. Trzeba było tego dopilnować, żeby wreszcie ci handlarze działali zgodnie z przepisami. Pracy było na kilka miesięcy.

TiO: Wiem z historii, że w Polsce w tamtym okresie trwały zmiany ustrojowe. Milicję przekształcono w Policję. Zlikwidowano ORMO i ZOMO. Jak na Straż Miejską reagowali mieszkańcy?

RG: To bardzo dobre pytanie. Ryba psuje się od głowy. Jeżeli w danym momencie ta głowa funkcjonuje dobrze, to cała formacja również dobrze funkcjonuje. Dużo zależało od samorządu, od prezydenta, jego zastępcy, mojej skromnej osoby i mojego zastępcy. Musieliśmy odpowiednio przestawić zatrudnionych ludzi, którzy nie mieli wcześniej nic wspólnego ze służbami mundurowymi. Żeby działali w umiejętny sposób, żeby nie powodowali zatargów ze społeczeństwem i nie mieli negatywnego wizerunku. Gdybyśmy wprowadzili nieodpowiednie przepisy, czyli uprawnienia i niewłaściwie ich przeszkolili, to po kilku miesiącach nasza formacja nabrałaby negatywnych opinii, w wyniku czego zostalibyśmy po jakimś czasie rozwiązani. Przed dzisiejszą Strażą Miejską w Legionowie działała tzw. Straż Prezydencka. Istniała chyba 10 miesięcy i została rozwiązana. Naszym zadaniem było pokazać ludziom, że jesteśmy potrzebni w załatwianiu tych drobnych spraw, którymi Policja nie miała czasu się zajmować. Od handlu papierosami na targu po burdy pijackie po alkoholu. To było naprawdę trudne zadanie, żeby wyrobić sobie markę. Ważne było, żeby nie czepiać się ludzi za jakieś drobne rzeczy. Edukować ich, zamiast karać. Dlatego nie mylono nas z ORMO. Najważniejsze było podejście grzeczne, kulturalne i to, żeby nie patrzeć na społeczeństwo z góry. I tak do tego podchodziliśmy. Jakoś po roku mylono nas ze Strażą Pożarną. Pagony podobne, kolory mundurów i napis Straż na plecach. Jeden z waszych dziennikarzy robił kiedyś sondę uliczną i pytał właśnie o nas. W odpowiedzi usłyszał: Ci strażnicy to fajne chłopaki, grzeczni, a nawet ostatnio jeden w pożarze zginął. Takie były czasy. 

TiO: Zawsze udawało się utrzymać taką dyscyplinę i unikać zatargów?

RG: Pamiętam taką sytuację, że szliśmy chyba w sześciu na drugie targowisko (nieopodal os. Piaski –  przyp. Red) i przechodziliśmy koło ul. Kopernika. Na rogu była restauracja. I nagle gdzieś zniknęło mi dwóch moich rekrutów. Nie mieli gdzie zniknąć, więc skierowałem swoje kroki do tej restauracji. Wchodzę do środka, a Ci moi wracają, jednocześnie wycierając usta. Kilka minut później dotarliśmy do tego targowiska, nie minęło 10 minut, a Ci dwaj zaczęli podejmować interwencję. Krzyczeli, machali rękami. Zrobił się rozgardiasz. Wziąłem ich na bok i okazało się, że w tej knajpie przy Kopernika weszli napić się wódki. Błyskawicznie zostali zwolnieni. Panowała żelazna dyscyplina, dlatego Straż Miejska działa do dzisiaj. 

TiO: 30 lat to szmat czasu, czy ma Pan w głowie jakąś sprawę, która do dzisiaj spędza Panu sen z powiek? Jak nie w Straży Miejskiej to być może z lat, kiedy pracował Pan w Milicji?

RG: Na szczęście nie mam takiej sprawy. Chociaż z lat milicyjnych przychodzi mi do głowy pewna sytuacja. Otóż gdzieś na początku lat 80. mnie i pięciu innych słuchaczy wezwano na dywanik do naszych przełożonych i kazano zapisać się do partii. Moi koledzy bez żadnego „ale” podpisali dokumenty, później po wielu latach z tego co kojarzę cała czwórka zajmowała wysokie stanowiska w resorcie. I przychodzi moja kolej. Więc wchodzę i podsuwają mi dokument do podpisania. Odmówiłem. W odpowiedzi usłyszałem: jak to Towarzyszu Gawkowski, nie chcecie wstąpić do partii? No to odpowiedziałem, że ja nawet nie wiem co to jest PZPR itd. Dostałem kilka książek Marksa i Engelsa, abym się doedukował. Nękali mnie chyba przez miesiąc. Miałem stres, że mnie wyrzucą ze Szkoły Oficerskiej, ale mówię sobie raz się żyje. Wszedłem do pokoiku i analogiczna sytuacja. Więc powiedziałem do obecnych, że całe życie byłem wychowywany w wierze i światopoglądzie katolickim i jak oni sobie to wyobrażają, że ja po 27-latach, pod wpływem kilku książek zmienię swoje poglądy? Zamilkli. Zostałem wezwany do nich za kilka dni i proszę sobie wyobrazić, że nie wymagali ode mnie wstąpienia do partii. Za to usłyszałem: Towarzyszu Gawkowski, zostawimy Pana w milicji pod warunkiem, że Pan napisze oświadczenie, nigdy Pan w mundurze do Kościoła nie pójdzieAle powiem Panu, że najciekawszą sytuację miałem we wrześniu 1981 r. tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. 15 września brałem ślub, więc zaprosiłem kolegów i komendanta z Milicji. Ślub odbywał się w moim rodzinnym Zambrowie. Wszyscy zaproszeni to byli tacy 100 proc. „czerwoni”. Weszli do kościoła i zastanawiałem się jak to będzie w trakcie liturgii. I gdy ksiądz unosił hostię wszyscy klęczeli. A moi koledzy z pracy po prostu przykucnęli. To był taki mój mały sukces. Takie sceny mi utkwiły w pamięci.

TiO: A jakieś bardziej kryminalne zdarzenia w Pana 30-letniej karierze?

RG: Powiem szczerze, że przez te prawie 45-lat jak Pan to ujął kariery w służbach mundurowych (w wojsku, milicji, straży miejskiej) nie mam takiego zdarzenia, które by mi nie dawało spać. Chociaż pamiętam taką sytuację: Godziny mocno popołudniowe, idę sobie ulicą Piłsudskiego od dworca PKP. Patrzę, a przy skrzyżowaniu ul. Piłsudskiego i Sienkiewicza bije się chyba z 10 osób. Tam na rogu był kiedyś sklep mięsny, teraz jest kwiaciarnia. Przez radio wezwałem wsparcie, ale usłyszałem, że wszyscy „moi” są na interwencjach i najwcześniej będą za 10 minut. A tamci się tam tłuką. Być może, któryś z nich ma jakieś niebezpieczne narzędzie. Jeszcze przypadkiem kogoś zabiją, albo siebie. Nie myślałem zbyt długo. Miałem przy sobie pałkę więc wparowałem w nich, sam jeden. Trwało to ze 3 minuty. Oni nie wiedzieli co się dzieje, myśleli chyba, że nas tam pięciu wparowało i towarzystwo uciekło. Dzisiaj bym się nie odważył. Już nie ten spryt, nie ten refleks. To taka jedna sytuacja, która utkwiła mi w pamięci, może komuś uratowałem życie, nie mogłem czekać. Na tym polega służba. Drugi przypadek – mieliśmy zgłoszenie do kawiarni na rogu Jagiellońskiej i Warszawskiej. Ze zgłoszenia wynikało, że doszło do napaści na kobietę. Byłem w pobliżu, więc podjąłem interwencję. Pamiętam, że było ich dwóch takich krępych młodziaków. Pokrwawili tą kobietę mocno. Jeden uciekł, a drugiego udało mi się powalić na ziemię. Zakułem mu jedną rękę w kajdanki, ale był tak silny, że nie dałem rady wykręcić mu drugiej ręki. Siedziałem na nim i czułem, że opadam z sił. Myślałem, że mi ucieknie, a wsparcia nie było. Więc poleciłem tej poturbowanej kobiecie, aby wyszła na środek jezdni i zatrzymała ruch i poprosiła o pomoc pierwszego mężczyznę i tak też uczyniła. Oczywiście ktoś mi pomógł. Była to niebezpieczna sytuacja. Ale nie jest też tak, że nie daje mi spać po nocach. Myślę, że gdybym brał udział w zdarzeniu, gdzie groziłaby mi utrata życia, mogłoby tak być. Dzięki Bogu nie miałem takiej sytuacji. 

TiO: A co na to żona?

RG: Nie wie, dowie się z waszego artykułu. Powiem szczerze, że żona nie daje mi spać po nocach, ale tylko czasami. 

TiO: Teraz pytanie z nieco innej strony – z czego jest Pan najbardziej dumny po tych 30 latach służby?

RG: Powiem tak – że nie straciłem zdrowia. Bo ono jest najważniejsze. Inaczej by było, gdybym pracował w jakiejś formacji, gdzie jest duża szkodliwość: jakieś promieniowanie, pyły. Pomimo tego co się mówi, w tej chwili Legionowo jest w miarę zdrowym miastem. Inaczej było 20 lat temu jak Jabłonna kopciła. Tam było z 1000 potężnych kominów, gdzie spalano węgiel lub koks. Wtedy było ogromne zadymienie. Teraz nie jest źle. Wydaje mi się, że miałem dużo szczęścia, że trafiłem akurat do tej formacji, bo Straż Miejska zajmuje się drobnymi sprawami, wykroczeniami a nie przestępstwami. Więc generalnie poza zdrowiem jestem dumny z ogółu tej pracy, dobrego miasta. Gdyby nie wiek emerytalny, to bym jeszcze ze dwa czy trzy lata popracował. Ale wreszcie, po 45 latach pracy będę miał czas dla dorosłych już dzieci oraz wnuków. Znam ludzi, którzy jeszcze dzisiaj pracują. Trumna kieszeni nie ma. Skorzystałem z tego i jestem zadowolony.

TiO: Czy jest coś, czego nie udało się Panu osiągnąć? Czy jest coś co ma Pan sobie do zarzucenia?

RG: Sobie nie do końca mam coś do zarzucenia. Tylko ogólnie. Nie tylko w Legionowie, ale w całym kraju zmieniłbym strukturę Straży Miejskiej. Mając duże doświadczenie, widząc jak reaguje społeczeństwo zmieniłbym nazwę Straży Miejskiej. Przekształciłbym ją w Policję Miejską, dał nieco większe uprawnienia, dał broń palną, co w mojej ocenie zwiększyłoby efektywność naszej pracy. Bylibyśmy bardziej skuteczni. Próbowaliśmy coś zmienić, rozmawialiśmy z posłami tutejszymi m.in. z Zenonem Durką, ale też m.in. ze śp. Januszem Dzięciołem (komendant Straży Miejskiej, poseł na sejm, zwycięzca pierwszej edycji Big Brothera, zm. 6 grudnia 2019 r. – przyp.red.). Koszta byłby minimalnie większe, a efektywność dziesięciokrotnie większa. My dzisiaj  nie możemy nosić broni palnej na służbie. Wyjątkiem jest konwojowanie środków płatniczych. Kto dzisiaj konwojuje pieniądze do banku? Są przelewy. Może kiedyś, ale już nie za mojej kadencji, to się to zmieni. Na tą chwilę uważam to za porażkę, że nie udało mi się przekonać decydentów. 

TiO: Skoro już jesteśmy przy broni, ile razy użył Pan broni gazowej, bo wiem, że na początku używaliście broni palnej?

RG: Tą broń gazową sam kupowałem. Jechałem na granicę do Gubina i przywiozłem 18 pistoletów dla wszystkich. I nie uwierzy Pan, ale broń gazowa to dziś dnia tylko tak się nazywa. To nie jest broń, to jest takie nie wiadomo co. Paralizator, ten na który potrzeba mieć uprawnienia, jest o wiele skuteczniejszy niż ta broń gazowa. Ludzie nie wiedzieli co to za broń. Na styl amerykański, tak jak czapki, wprowadziliśmy do służby Colt-y. Dodawały strażnikom pewności siebie oraz poczucie bezpieczeństwa. Ale głównie to była forma takiego straszaka. Nie pamiętam dokładnie, ale przez te 10 lat używania broni gazowej, użyłem jej 3 może 4 razy. Pamiętam taką sytuację. Dwóch strażników patrolowało ulicę na Piaskach i nagle zauważyli jadący zygzakiem autobus. Kiedy pojazd zatrzymał się na przystanku, wbiegli do niego i wyciągnęli kierowcę podejrzewając, że był pijany. Potem się okazało, że miał 2,5 promila alkoholu. Powiadomili policję, zakuli w kajdanki, jednak popełnili błąd, bo skuli go z przodu, zamiast skuć mu ręce do tyłu. Jak się później okazało, ten zatrzymany był poszukiwanym listem gończym groźnym bandytą. Proszę sobie wyobrazić, że ten zatrzymany wykorzystał moment nieuwagi strażników i jednemu z nich wyszarpnął broń z kabury. I oddał strzał prosto w pierś jednego z interweniujących. Trwało to ułamek sekundy. Zanim ten drugi podbił mu rękę do góry. W niebo poleciały jeszcze 3 strzały. W każdym razie wszystko dobrze się skończyło. Ale gdyby to była ostra broń, nie wiadomo jakby się to skończyło. To było zajście, które uczuliło nas, że jednak bezpieczeństwo nasze przede wszystkim. 

TiO: Czy teraz wychodząc na ulicę w mundurze, nie boi się Pan, że coś się może zdarzyć?

RG: Wręcz przeciwnie, Polska jest bezpiecznym krajem. Nie ma tylu uchodźców co w innych krajach. Naprawdę Legionowo jest jednym z bezpieczniejszych miast w całej Polsce. A jeżeli robisz dla społeczeństwa, a nie przeciwko niemu, naprawdę nie masz czego się bać. Ja się czuje w mundurze wspaniale. Jeżeli ja będąc w mundurze pomagam społeczeństwu, to ani nie wstydzę się, ani nie boję się założyć munduru. I tak myślę, że moi strażnicy również. Mamy pomagać. Zawsze starałem się działać tak, żeby po zdjęciu munduru, nikt za mną nie splunął albo nie powiedział brzydkiego słowa. My Straż Miejska w politykę się nie bawimy. W trakcie ostatnich wyborów jeden z dziennikarzy zadał mi chytre pytanie, na kogo będę głosował. Więc usłyszał, że będę głosował na Leppera. Zdziwił się trochę, powiedział że Lepper nie żyje. A ja na to, że poważnie? I się odczepił. Już nie pytał o nic więcej. Nie było tematu. 

TiO: To prawda, że Straż Miejska ma zakaz wypowiadania się dla prasy?

RG: Nie ma czegoś takiego jak zakaz wypowiadania się dla prasy. Jest zarządzenie prezydenta, wydane kilka lat temu. Pracownicy Urzędu Miasta mają zakaz wypowiadania się do mediów, łącznie z Komendantem Gawkowskim. Wszyscy. Do tego są wyznaczeni rzecznicy. Nie ma czegoś takiego jak zakaz. Jest zarządzenie prezydenta. I to ono reguluje kontakt z mediami. Czasami media proszą o wypowiedź strażnika. Miałem taką sytuację – ze dwa lata temu poprosiła mnie telewizja publiczna o wypowiedź na temat nieodpowiednich zachowań strażników. Powiedziałem, że ryba psuje się od głowy i najwidoczniej komendant tego nie dopilnował. Poproszono mnie, nie rzecznika, bo miałem 28 lat stażu pracy. Maglowali mnie chyba z 15 minut. A tak zupełnie serio, to ja się cieszę, że jest takie zarządzenie, bo nikt mi głowy nie zawraca. 

TiO: Panie Komendancie, czy wie już Pan, kto Pana zastąpi?

RG: Rozmawiałem z Prezydentem Smogorzewskim i sugerowałem mu, żeby nie zatrudniać ludzi z  zewnątrz, tylko wziąć kogoś z naszych szeregów. Cześć ludzi jest po studiach, mają tytuł magistra. Jest z czego wybrać. Znają robotę, wiedzą jak, znają teren. Prezydent podejmie decyzję. Sugerowałem kto by się nadawał. Kogoś poleciłem, ale nie będę podawał nazwisk, niech to będzie tajemnicą. 

TiO: Ciężko będzie się rozstać po 30 latach z mundurem?

RG: Ciężko będzie. 30 lat po 8, czasem po 10 godzin, to nie będzie łatwe. Odchodzę dlatego, że PESEL swoje robi. W milicji brakowało mi 4 lat do emerytury. Już po zmianach ustrojowych, jakoś może 5 lat po rozpoczęciu pracy w Straży Miejskiej dostałem propozycję od ówczesnego komendanta Policji w Nieporęcie, żeby wrócić już do Policji. Ale odmówiłem. Podobna formacja, zarobki podobne. Myślę sobie, jest mi tu dobrze, nie będę chorągiewką. Przyzwyczaiłem się do tej pracy. Dzisiaj jestem pierwszy dzień na urlopie od 30 lat. Wracam do pracy 14 kwietnia, żeby się rozliczyć. Jako komendant mam na stanie: mundury, kamery, biurka, krzesła itd. Jest tego z 1000 pozycji, więc to potrwa. Praktycznie dzisiaj już wstałem o godz. 8.00, a nie jak zawsze o 6.00 rano. Na pewno nie usiądę. Mam pewną wizję. Tuż przed tym jak postanowiłem odejść na emeryturę dostałem propozycję od jednego ważnego legionowskiego ugrupowania, żeby przejść do polityki. Wtedy już nie w mundurze, a jako społecznik będę mógł wspomóc samorząd. 

TiO: Jest Pan osobą rozpoznawalną, zna Pana duża cześć naszego społeczeństwa, czy jest to jakiś ciężar? Czy wręcz odwrotnie?

RG: To kwestia sporna, zna mnie połowa mieszkańców, moje nazwisko jest rozpoznawalne. Popularność jest dobra i nie. Zapadło mi w pamięci jedno zdarzenie. W mieście przechodziłem przez jezdnię. W większości przypadków przez jezdnie powinno się przechodzić przez przejście, chyba, że w odległości 100 m nie ma przejścia to można przejść „bez pasów”. Więc spojrzałem w lewo, w prawo i bezpiecznie pokonuję tą jezdnię. Już wchodzę na chodnik i pochodzi do mnie starsza kobieta, gdzieś koło 80-ciu lat. Spojrzała mi w oczy, aż mi się słabo zrobiło i mówi do mnie: Panie komendancie, czy to ładnie tak przechodzić przez jezdnię bez pasów? No i mówię do tej kobiety, że zgodnie z przepisami, mogę przejść przez jezdnię. To tylko pokazuje, że będąc osobą znaną trzeba na siebie cały czas uważać, w odczuciu innych trzeba być nieskazitelnym. A to jest ciężkie. Jak ludzie dowiedzieli się, że odchodzę na emeryturę, zaczepiają mnie na ulicy i pytają: Panie Rysiu, kto Pana zastąpi? No to mówię, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jeżeli ktoś uważa, że nie ma ludzi niezastąpionych to tego kogoś trzeba natychmiast zwolnić. Trzeba dać się wykazać innym.

TiO: I ostatnie pytanie, 29 kwietnia kończy Pan pracę, odwiesza mundur i co dalej?

RG: 30 lat to szmat czasu. Mam dużo pracy, tutaj w domu. Jak sam Pan widzi dzisiaj jestem ubrany w ubrania robocze. Zadbam o ogród, zrobię elewację domu, ogrodzenie, już kupiłem rusztowanie. Poświęcę czas żonie i wnukom, mam dwoje, trzecie w drodze. Najgorzej będzie 29 kwietnia br., kiedy przyjdę do pracy w mundurze, a wyjdę jako cywil. Tak jak mówiłem, jestem człowiekiem czynu i dlatego już teraz wymyślam sobie dodatkowe roboty, do jesieni mam co robić. A jak nie będę miał co robić, to kupiłem dres i będę biegać z emerytowanym oficerem Centrum Szkolenia Policji. Jeszcze może pieska sobie kupię do towarzystwa. Niektórzy mi zazdrościli tej emerytury, ale im bliżej tego dnia, tym mi bardziej szkoda.

TiO: Dziękuję za rozmowę.

Komentarze

6 komentarzy

  1. Tomi odpowiedz

    Zwykły chwalipięta i cwaniak. Za bzdury czepiał się własnych pracowników. Za straznikami jeździł za w czasie pracy szpiegując ich co robią. Siedział na stołku nie mając wyksztalcenia. Jego podwładni (strażnicy) teraz odetchną. Nękał niepełnosprawnych na monitoringu zabierajac im premie za pierdoły. Nigdy nie interesował się własnymi podwładnymi. Szkoda gadać.

    1. Mart odpowiedz

      To jak sie nie interesował podwladnymi, skoro, jak napisałeś, jeździł za nimi i sprawdzał co robią? Jeśli to nie jest formą zainteresowania, to ja nie wiem… A ze kontrolował pracowników w terenie, zamiast ślęczeć za biurkiem, to akurat bardzo dobrze. Jesteście ekipą utrzymywaną z publicznych pieniędzy. Nie wyobrażam sobie w tej sytuacji, że nie pełnicie roli służebnej, wobec społeczeństwa.

  2. Nitras. odpowiedz

    Tak… emerytalny odpoczynek nie bedzie dobrym określeniem dla tego człowieka-ciągle w ruchu. Zawsze barwna, towarzyska postać na imprezach,wydarzeniach miejskich. Spełniał swoją funkcje w 200%. No i w tych trudnych czasach z niecierpliwością i zaciekawieniem czekamy na następcę 🤔

  3. jendrasz odpowiedz

    taki bohater- do kosciola chodzil I koscielny bral-tak jakby za komuny mieli za rozstrzeliwac. szmatka na wietrze , jak miliony innych „odwaznych I niepokornych”. Blazen

    1. Boguś odpowiedz

      Zwykły chwalipięta i cwaniak. Za bzdury czepiał się własnych pracowników. Za straznikami jeździł za w czasie pracy szpiegując ich co robią. Siedział na stołku nie mając wyksztalcenia. Jego podwładni (strażnicy) teraz odetchną. Nękał niepełnosprawnych na monitoringu zabierajac im premie za pierdoły. Nigdy nie interesował się własnymi podwładnymi. Szkoda gadać.

    2. Janek odpowiedz

      Skąd takie epitety?hmm.. no fakt, przez 30 lat swojej kadencji Gawkowski naraził się niejednemu egzekwując prawo. A to jest tak że każdy z Nas ocenia innych przez pryzmat swojego obrazu, doświadczeń i zależy w jakim środowisku Pan przebywałeś bo faktycznie R.G. ma rację tak było w tamtych czasach- w „tamtym ” środowisku nie mówimy tu o ludzie a o mundurowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *