Facebook

LEGIONOWO. Koncert w sanatorium [Zapowiedź wydawnicza]

2018-07-28 8:23:55

W najbliższych dniach nakładem Wydawnictwa TiO ukaże się nowa książka Antoniego Kawczyńskiego – zbiór trzech obszernych opowiadań o następujących tytułach: Brzęk kluczy, Nerwusy i Poczytność. Ze środkowego opowiadania wybraliśmy opis i omówienie pewnego koncertu, fragment bardzo charakterystyczny dla pisarstwa naszego współpracownika, wieloletniego sprawozdawcy muzycznego


Muzykę mechaniczną, dzień w dzień rozbrzmiewającą w pałacyku, zastępuje dziś po kolacji muzyka na żywo, w wykonaniu śpiewaczki, a jest nią osiemnastoletnia córka pacjentki. Można sobie kupić program. Jest to kserograficzna odbitka odręcznego spisu utworów, toteż wchodząc do świetlicy z programem w ręku czujesz się jak w chwili przekraczania progu prawdziwej sali koncertowej. Dochód ze sprzedaży programów zasili kasę samorządu.
W przerwie po pierwszej części recitalu, zawierającej pieśni i arie, Wiktor podchodzi do solistki z gratulacjami, ale przede wszystkim z wyrazami wdzięczności, że nie włączyła do programu arii z oper włoskich, „tego nie trawię, zwłaszcza Verdiego”. I mówi dalej:
– W mojej karierze melomana tylko dwa razy się zdarzyło, że sopranistka urzekła mnie swym śpiewem. Za pierwszym razem była to Fryderyka von Stade śpiewająca Małgorzatę w Potępieniu Fausta Berlioza. Za drugim razem – pani.
Przysłuchująca się rozmowie kuracjuszka wybucha śmiechem:
– Widzisz, masz już wielbiciela.
W drugiej części dziewczę gra na fortepianie. Mozart, Beethoven, Chopin. Na zakończenie dwie pieśni. A w charakterze bisu aria koloraturowa. To ostatnie jest ze wszystkiego najgłośniejsze i najbardziej świdrujące w uszach. Udając zamiar podparcia ręką głowy, meloman przytyka palec do lewego ucha. Prawe pozostaje odsłonięte i nęka go obawa o swoją błonę bębenkową.
Wśród szurgotu przesuwanych foteli kuracjusze zmierzają do wyjścia. Ci, którzy w następnym tygodniu obejmą funkcje samorządowe, są zatroskani. Co urządzić, jakie imprezy? Tyle w tych dniach atrakcji, że trudno będzie to przelicytować, a nawet temu dorównać. Zmartwionych pociesza ktoś wołając:
– Ja wam zagram.
Nie jest to niestety muzyk, to malarz i w dodatku pokojowy – Waldek.
Jego żart wywołuje uśmiech na twarzy Wiktora, choć w gruncie rzeczy jest mu markotno: Lucyna nie dotrzymała słowa, nie przyszła na koncert. Umawiając się z nią przy obiedzie uruchomił wyobraźnię: roiło mu się, że najbliższy wieczór to będzie wyprawa do filharmonii, gdzie na uroczystym koncercie usiądzie obok swej damy; ileż frajdy dostarczy mu to wspólne słuchanie muzyki. No i ominęła go ta frajda.
Pół godziny później obaj współlokatorzy są już w swojej sypialni.
Rozsiadłszy się w fotelu Waldek wszczyna rozmowę o imprezie:
– Jak ci się podobało?
– Byłbym zadowolony, gdyby nie jeden z bisów – odpowiada leżący już w łóżku Wiktor. – To mi zepsuło wszystko, całe ogólne wrażenie.
Waldek wtajemnicza kolegę w kulisy dzisiejszego recitalu, w którego programie znalazła się pieśń Czyja wina. Twórca zupełnie Wiktorowi nie znany: Czesław Roguski. Nieprzypadkowo trzeciorzędny kompozytor znalazł się w doborowym towarzystwie klasyków wiedeńskich i Chopina. Córka zaśpiewała pieśń obecnej wśród publiczności matce; nie bez kozery wyrzuciła z gardła tę kaskadę dźwięków i słów. Zwłaszcza słów. Bo trzeba wiedzieć, od czego się zaczęło. Matka miała córce za złe, że ta przespała się z chłopakiem, do tego stopnia miała za złe, że… trafiła tutaj. Zgnębiona matka wylądowała w lecznicy dla nerwowo chorych. Czyja wina? „Mam serce”, słowa z pieśni. Czy wina córki, po uszy zakochanej, czy może wina matki? Matuliny? Tej pieszczotliwej a cudacznej nazwy użyto dla uzyskania rymu wina-matulina. Pomimo całej serdeczności włożonej w to drugie słowo nie dajmy się zwieść; między matką a córką jest dysharmonia. Czyżby cały recital był tylko pretekstem do zaśpiewania określonej pieśni i wydobycia tkwiących w niej pierwiastków skargi, a nawet oskarżenia? Czyżby wykonawczyni zależało raczej na zaakcentowaniu słów aniżeli na uraczeniu słuchaczy pięknem melodii? Na to wygląda. Nie chodziło o to, by z cyklem utworów wystąpić przed pacjentami Ośrodka, lecz żeby z jednym jedynym utworem wystąpić przed jedną jedyną pacjentką.
Teraz mowa o niej. Dziewiętnaście lat temu związała się z mężczyzną, by mieć z nim dziecko. Z chwilą gdy zaszła w ciążę, nie mówiąc mu nic, znikła z jego życia. Po latach zdecydowała się odezwać. Oszołomić faceta rewelacyjną wiadomością: „Masz córkę i możesz być dumny, dziewczyna nie tylko piękna, ale i zdolna, przyjęto ją do Akademii Muzycznej!” Bierze słuchawkę telefonu i dowiaduje się, że ów nie żyje, zginął w wypadku samochodowym i stało się to nie tak dawno, zaledwie pół roku temu. Z pierwszą wiadomością zbiegła się druga, równie fatalna – od lekarza, który u „starej panny z dzieckiem” stwierdził nowotwór. Nerwy jeszcze nie wyleczone, a już w perspektywie walka z rakiem, może nawet operacja chirurgiczna. Dopełniają fatalnej passy kłopoty z córką. Jest powód do dumy, ale i do zmartwienia, ba, do rwania sobie włosów z głowy: córeczka się puściła. Kiedy się pojawił adorator, matka postawiła warunek: „Możesz się z nim spotykać, ale tylko w mojej obecności.” Matka usiłowała kontrolować przyjaźń córki z chłopakiem, tak aby kontakty nie przekroczyły pewnych granic. Niestety, granice zostały przekroczone; dramat.
Nasuwa się podejrzenie, że matka zazdrości córce czegoś, czego sama nie przeżyła. Taką hipotezą Waldek podsumowuje opowiadanie o dwu kobietach. Starsza potraktowała mężczyznę jak samca, młodsza zaś, posłużywszy się cytatem z pieśni, oświadcza: „Mam serce.”
A.K.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *