Facebook

LEGIONOWO. „Wiedziałam, że tak będzie” – spotkanie z autorką książki

2015-11-27 11:50:48

 

Już w niedzielę w legionowskim EMPIKU odbędzie się spotkanie autorskie Kasi Pisarskiej, która jest autorką nowej na rynku wydawniczym powieści pt. „Wiedziałam, że tak będzie”.

Książka została wydana przez Wydawnictwo MUZA. Poniżej zamieszczamy jej fragmenty.

Co byś zrobiła zostając z dnia na dzień milionerką?
-Rzuciła pracę tego samego dnia?
-Pojechała w podróż dookoła świata?
-Wykupiła całą zimową kolekcję Armaniego?
-Wykupiła letnią kolekcję Armaniego?
-Pochwaliłabyś się najbliższym, czy wielomilionowa wygrana byłaby twoją najskrzętniej skrywaną tajemnicą?

„Wiedziałam, że tak będzie” to historia dwóch przyjaciółek. Pierwsza z nich, Laura nie założyła rodziny, choć specjalnie przed tym nie uciekała. Druga, Weronika właśnie odkryła dwie rzeczy, które diametralnie zmienią jej życie: że mąż ją zdradza oraz to, że będąc we Włoszech i puszczając jeden zakład na „chybił-trafił” wygrała w Superenalotto ponad … 17.000.000 euro.
Wygraną postanawia podzielić się z najbliższą jej osobą czyli Laurą. Kobiety razem wyruszają do Mediolanu, by odebrać pieniądze, jednocześnie próbując znaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: czego teraz, gdy mogą mieć niemal wszystko tak naprawdę chcą od życia? Konsekwencją serii nieplanowanych przygód, wpadek, niedomówień i spotkań jest osiągnięcie przez obie osobistego szczęścia i zadowolenia.
The rest is history.
Rozdział 1
Ale numer!
Wyją syreny. Śni mi się, że wyją syreny. Jezusie Maryjo, niech ktoś coś z tym zrobi. Otwieram jedno oko. Nie śnię chyba, skoro jedno oko mam otwarte. Syrena wyje jak oszalała. Biorę komórkę – padła bateria. Drzwi! Domofon. Domofon mi wyje! Rzucam okiem na budzik: druga czterdzieści osiem. Może jest pożar i strażacy mnie budzą? Ale domofonem?! Ziewając, człapię do drzwi.
– Halo?
– Otwórz, to ja – usłyszałam.
– Wera?
– No Wera, otwieraj.
Zanim Weronika wjechała na szóste piętro, wszystkie neurony, które posiadam, zostały postawione w stan gotowości. Co się stało? Coś musiało się przecież stać. Coś poważnego. Weronika przechodziła ciężkie chwile. Przyłapała tego dziada, swojego eksmęża, na zdradzie. Bolało tym bardziej, że nową wybranką jego serca i prześcieradła była dawna uczennica Weroniki. Właściwie nie tak bardzo dawna, bo dziecię maturę zdało zaledwie dwa lata temu.
Wstyd, obciach i żenada. Całe miasto o tym trąbiło. Kobietom było jej żal, faceci mu zazdrościli. Taki podział na Wenus i Marsa zapanował.
Weronika weszła blada i superpoważna. W drodze do dużego pokoju rzuciła zdawkowe „musimy poważnie porozmawiać” i osunęła się na kanapę.
– Co się dzieje? – zapytałam, chyba bojąc się odpowiedzi.
– Przepraszam, że w środku nocy cię nachodzę… próbowałam dzwonić…
– Bateria – mruknęłam.
– Moje życie…
– Kochana, będzie dobrze. Po burzy w końcu wychodzi słońce. Zawsze możesz na mnie liczyć. Nawet w środku nocy!
Przytulam Weronikę.
– Wiem.
Weronika oprócz dalekiej ciotki i jej córki nie miała nikogo. Była jedynaczką, a rodzice zginęli w wypadku samochodowym tydzień po tym, gdy dostała się na studia. Mimo że w jej domu bywałam prawie codziennie, tatę Weroniki widywałam rzadko. Wykładał historię na uniwersytecie i gdy nie pracował, albo buszował w jakichś archiwach, albo zaszywał się w domu z książką, wymagając od domowników, by byli cicho. Żadnej głośnej muzyki, żadnego biegania. Wyjątkiem były imprezy urodzinowe, kiedy mogłyśmy się wyszaleć i wyskakać. Żeby uniknąć problemów z sąsiadami, tata osobiście uprzedzał ich, że nastąpi nastolatkowe szaleństwo. Życiem rodzinnym za bardzo się nie interesował, od tego była mama, a w wychowanie Werki zaingerował tylko raz – gdy mając szesnaście lat, bardzo chciała pojechać z koleżankami na festiwal do Jarocina. Zgodził się pod warunkiem, że przed wyjazdem upodobni się do większości bawiącej tam młodzieży: ogoli śliczne kasztanowe włosy i postawi sobie na cukier irokeza. Nie pojechała. Czasem wydawało mi się, że Werka wyszła za mąż nie miłości do Rudego, lecz dlatego, że pragnęła założyć rodzinę. Chciała mieć się o kogo troszczyć. Życie to niestety zweryfikowało – rodzina męża była rodziną męża, nie jej. Nie miała dzieci i całe życie poświęciła młodzieży w liceum, w którym uczyła geografii. I spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego, że jej uczennica odbije jej męża.
Panią Lucynę, mamę Weroniki, pamiętam tak dobrze, jakbym widziała ją wczoraj. Miała długie ciemne włosy, które zawsze upinała w kok, nosiła lekko rozkloszowane spódnice za kolano i piekła najlepsze na świecie ciasto drożdżowe ze śliwkami. Nie pracowała, bo chciała zajmować się Weroniką, ciągle miała jednak coś do roboty. Działała w komitecie rodzicielskim, jeździła z nami na wycieczki, dbała o zieleń przed blokiem, a w dużym pokoju hodowała ogromne paprotki. Co jakiś czas brałam od niej dla mojej mamy sadzonkę, która, do dziś nie wiem dlaczego, u nas przeżywała nie dłużej niż kilka miesięcy.
– Pamiętasz, jak poleciałam do Rzymu szukać dowodów zdrady? – spytała teraz Weronika.
– Jasne.
Jak mogłabym zapomnieć? To była podróż jej życia! Przez piętnaście lat małżeństwa Rudy zabrał Weronikę tylko na działkę na wieś, bo miał pomalować babci płot, oraz do Ustronia, bo zapragnął odwiedzić swoją szanowną matkę w sanatorium. Dziecię – tak nazwałyśmy jego kochankę – w ciągu kilkumiesięcznej znajomości zabrał za to na kilka dni do Rzymu, na weekend do Berlina, Paryża i do Eurodisneylandu (sic!).
– Zrobiłam wtedy coś, czego w całym moim życiu nie zrobiłam. I już nigdy więcej nie zrobię.
– Spędziłaś upojną noc w ramionach jakiegoś Giuseppe czy Carla?
– Nie. Zagrałam w Enalotto.
– „Ena” co?
– Enalotto. To włoski Totolotek.
– I?
– Siedemnaście milionów czterysta osiemdziesiąt trzy tysiące dwieście dwadzieścia cztery – powiedziała grobowym tonem.
– Co?! – Moje właśnie obudzone neurony odmówiły współpracy.
– Euro – sprecyzowała.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *