Facebook

ZA MIEDZĄ. Jak „wydoić frajera” na 70 tys. zł?

2020-06-12 2:56:46

Jak to mawia stare przysłowie, kto ma miękkie serce, musi mieć twarde przedłużenie pleców. Dramat zaczyna się wtedy, gdy jedno i drugie jest miękkie, gdy człowiek prostolinijny, a czasami naiwny czy wręcz głupi, trafi na bezwzględnego oszusta. Nie znający życia „Pinokio” Carla Collodiego tak bardzo „chciał dobrze”, że idąc za radą bandy łobuzów, zakopał pod drzewem ostatnie pieniądze, aby mogło tam urosnąć ich znacznie więcej. Pan Krzysztof Ś. z Nowego Dworu Mazowieckiego równie celnie zainwestował 70 000 zł, które pożyczył na bardzo wysoki procent

Historia ta zaczęła się stosunkowo niedawno od przypadkowego spotkania, jednak jej korzenie tkwią w dalekiej przeszłości.

W piekle bez uczuć

Gdy Krzysztof miał 9 lat, na raka zmarła jego mama. Po jej śmierci ojciec, nałogowy alkoholik, jedyne co osiągnął to zadłużenie mieszkania na ogromną kwotę. Kilka lat później mężczyzna został pozbawiony praw rodzicielskich, a jego synowie (Krzysztof ze starszym bratem), rozdzieleni, trafili do rodzin zastępczych u wujostwa. Młodszy trafił – jak sam to określa – do piekła. Kuzyn poniewierał nim przy każdej sposobności nie pozwalając nawet na kontaktowanie się z kolegami. Ciotka bardzo chciała wierzyć, że siniaki na twarzy chłopaka to efekt… zimna. Wuj, choćby nawet chciał, pomóc nie mógł. Sam był uzależniony od alkoholu.

Mimo tragicznych warunków, Krzysztof skończył studia, a po śmierci ojca zaczął starania o odzyskanie po nim mieszkania socjalnego. Udało się to dopiero po batalii sądowej, życzliwej, bezinteresownej pomocy jednego z mecenasów oraz zobowiązaniu się mężczyzny wobec miasta do przeprowadzenia remontu mieszkania i spłaty zadłużenia.

Wziąłem wówczas 33 000 zł. kredytu i z obowiązków wobec Urzędu Miejskiego wywiązałem się w całości. Ani Urząd Miejski ani Zarząd Budynków Komunalnych nic mi nie pomógł przy remoncie. Bardzo ciężko było mi odnaleźć się w dorosłym życiu – wyznaje w rozmowie z Tygodnikiem przyznając jednocześnie, że ma wielki problem z rozpoznawaniem ludzkich intencji, jest łatwowierny i spragniony przyjaźni.

Przyjaciel na zawołanie

O upragnionego przyjaciela nie było trudno. W kwietniu 2018 r. Krzysztof poznał Michała M. Dziś tak to wspomina:

– Udawał mojego przyjaciela. Wiedział doskonale co mówić i jak się do mnie dostosować bym mu zaufał. Całe życie jestem sam i nie mam nikogo bliskiego, wiec mu zaufałem i lgnąłem do tej znajomości. Obiecywał mi, że załatwi mi dobrą pracę za granicą, a ja uważałem, że skoro tak jest, to mnie nie oszuka i mogę mu zaufać. Oferował mi też, że jak już trochę odłożymy pieniędzy to wyremontuje mi to mieszkanie porządnie. Opowiadał mi, jak to został oszukany przez współpracownika czy pracownika, w czasie pracy w Niemczech. W wyniku tego miał stracić 250 000 euro. Od tego miały zacząć się jego problemy, że popadł w długi, że nawet chciał sobie życie odebrać. Użalał się, że w rodzicach nie ma żadnego oparcia. W trakcie rozmów, wmówił mi, że człowiek, który niesolidnie wyremontował moje mieszkanie, to ten sam, który i jego skrzywdził. Przez te opowieści o „wspólnym wrogu”, stał mi się jeszcze bliższy i bardziej godny zaufania. W ten sposób myślałem, że mam przyjaciela i mogę mu ufać. Ufałem mu – zapewnia p. Krzysztof.

Znajomość ta rozwijała się bardzo szybko. Wkrótce Krzysztofa zaczęli odwiedzać i inni. Wśród nich była Natalia K., dziewczyna Michała i dwóch kolegów, Dawid G. i Maciej Ch. Rozpoczęły się też opowieści o wielkiej krzywdzie i problemach, jakich doświadczyli w życiu. Krzysztof słuchał, a w jego sercu rodziło się „braterstwo dusz”, zrozumienie dla „problemów” i otwartość do pomocy. To były pierwsze kroki w drodze do pułapki, jaka była na niego zastawiona. Zaczęło się od pożyczania Michałowi po 50 lub 100 złotych na konieczne wydatki na jego nieślubne dziecko.

Na horyzoncie złoty interes

Michał był super. Chwilowo, też mu było w życiu ciężko, ale znał życie, był zagranicą, prowadził interesy, wiedział jak się szybko odbić od dna. Co więcej, podzielił się tym z pozostałymi. W lipcu 2018 r. zaproponował całej grupie intratny biznes w postaci pracy przy sprzedaży kosmetyków w Holandii. Krzysztof nie pytał o szczegóły, bo zaufanie do „kolegi” i wizja zarobienia 1000 euro na tydzień wystarczyły mu za wszystko. Michał wiedział co i jak. Dla pewności jednak, do mieszkania Krzysztofa sprowadził nieznajomego w nienagannym garniturze w towarzystwie drugiego mężczyzny i kobiety, który przeprowadził mistyfikację w postaci pseudoszkolenia.

U mnie w domu rozmawiali o szczegółach tej pracy i sprzedaży, a także o wysokich zyskach jakie miałby być naszym udziałem. Dziś już nie potrafię powtórzyć szczegółów, ale wrażenie na mnie zrobiło to doskonałe. Podczas tego spotkania, Dawid i Natalia zostali podobno zarejestrowani w systemie. Dla mnie konto mieli założyć już po przyjeździe do Holandii. Ludzi tych nigdy więcej nie widziałem na oczy. Nie mam do nich numeru telefonu, ani nie znam adresów. Byłem zdecydowany wyjechać i podjąć się tej pracy. Organizacją tego przedsięwzięcia zajmował się Michał M. i on wszystko ustalał – zeznawał później na Policji pan Krzysztof.

Wyjazd, choć wiązał się z wielkimi perspektywami, obarczony był też jedną trudnością. Podobno wymagał zgromadzenia około 20 tys. zł, aby można było sfinansować podróż i inne niezbędne wydatki dla całej czwórki. Zadanie rozwiązania problemu spadło na barki p. Krzysztofa, bo chociaż zarabiał niewiele ponad minimalne wynagrodzenia to miał stałą pracę i jakąś zdolność kredytową. Pierwsza próba zebrania funduszów nie powiodła się. Jeden z nowodworskich banków odmówił mu kredytu. Z „pomocą” przyszedł niestrudzony kolega Michał, proponując Krzysztofowi skorzystanie z parabanków.

Dziś tak to wspomina: – Tam udzielono mi pożyczki. Kolejne punkty również organizował mi Michał. W ten sposób odwiedzałem kolejne punkty i pozyskiwałem pieniądze, które odbierał ode mnie Michał. Ustalenie było takie, że on za te pieniądze organizuje tę super pracę i pokrywa koszty wyjazdu, wynajmu mieszkania i innych opłat. Była też mowa o zakupie jakieś maszyny do leczenia raka, która miała też dać zysk, ale nigdy nie poznałem szczegółów. Z zarobków w tej pracy w Holandii przy kosmetykach Michał, Natalia i Dawid, mieli oddawać mi pieniądze. Układ miał być taki, że finalnie mój koszt to jedna czwarta zaciągniętych pożyczek.

Pieniędzy ciągle jednak było mało. Zaczęły się więc bardziej intensywne nasiadówki w mieszkaniu Krzysztofa, które często łączono z paleniem marihuany. Będąc pod wpływem narkotyków Krzysztof dał się namówić na zakup dwóch smartfonów z drogim abonamentem, wzięcie kolejnego kredytu, najpierw na blisko 3,5 tys. zł., później na 8,5 tys. zł. W następnych dniach zostały wzięte na raty 2 laptopy, telewizor i kolejne kredyty. Łącznie, z samych tylko pożyczek w parabankach Krzysztof zebrał około 22 000 zł, a koszt zakupu sprzętów to kolejne 23 000 zł. Wszystko szło dla Michała, pod otoczką zaufania i świetlanej przyszłości. Jakiej? Tego nie wie nawet pan Krzysztof. Pewne miał być 1000 euro zarobków tygodniowo. Dzień przed wyjazdem do Holandii, Krzysztof dorzucił do puli jeszcze 1200 zł, żeby było za co kupić bilety na busa.

Brutalna prawda

Pierwsze wątpliwości naszły Krzysztofa Ś. dopiero po przyjeździe do Holandii, choć i tak nadal dawał się oszukiwać. W końcu łatwiej człowieka oszukać, niż przekonać, że został oszukany. Praca, owszem, była, ale nie przy sprzedaży kosmetyków, tylko przy zbiorach cebulek. Płaca też, ale nie 1000, tylko 200 euro tygodniowo. Mieszkanie też było odległe od tego, na jakie się umawiali i jeszcze pracodawca potrącał z wynagrodzenia koszty zamieszkania.

8 września 2018 r. pan Krzysztof postanowił wracać do Polski. Cały czas był oszukiwany przez kompanów, ale czuł się wobec nich zobowiązany, a może jest tak skrajnie naiwny? Nie chcąc jednak wzbudzać podejrzeń, obiecał, że wkrótce wróci, a dodatkowo pozostawił „przyjacielowi” kartę do „wspólnego” konta bankowego. „Przypadkiem” po jego wyjeździe do mieszkania w Holandii było włamanie i ta karta zaginęła. Jednakże cudownym zrządzeniem losu, kilka dni później, gdy jeden z towarzyszy wrócił do Polski, ktoś wypłacał tą karta pieniądze w Nowym Dworze Maz. W końcu Krzysztof zrozumiał co się stało, chociaż nadal jeszcze się łudził.

Ostre ciachanie nożem

Wraz ze świadomością bycia ofiarą, na p. Krzysztofa posypały się poważniejsze kłopoty. O pieniądze zaczęły upominać się banki, parabanki i sieci komórkowe. Krzysztofowi nie pozostało nic innego, jak zgłosić wszystkie zdarzenia na Policji. Zaczęło się od zgłoszenia pobrania z bankomatu pieniędzy przy użyciu „tej skradzionej” karty.

Po pierwszym zgłoszeniu przestępstwa, Krzysztof miał niespodziewaną wizytę: – Skontaktował się ze mną Marek – ojciec Michała. Zachęcał mnie, żebym wycofał zeznania na Policji, a w zamian za to Michał, Dawid i Natalia mieli zawrzeć ze mną jakąś ugodę u notariusza. Do zawarcia ugody nie doszło. Marek M. twierdził, że ma dokumenty, które zostawiłem w Holandii Michałowi, ale ostatecznie nie oddał mi dokumentów – twierdzi pokrzywdzony, wspominając jednocześnie niepokojącą rozmowę: – Gdy od Michała M. domagałem się zwrotu pieniędzy i sprzętów, któregoś razu oznajmił, że nic nie wskóram na policji w Nowym Dworze Mazowieckim ponieważ ma tam znajomego tak zwanego skorumpowanego policjanta który go o wszystkim ostrzega i informuje kiedy np. policjanci są w terenie itp. Podczas pobytu w Holandii mówił mi wprost, że jeżeli wyda się od kogo kupowali narkotyki w Polsce to ci ludzie mnie załatwią. Opowiadał mi również, że on to tak ma, że gdy się wścieknie to potrafi ostro ciachać nożem. Jednego razu chwycił mnie, rzucił na łóżko i wymachiwał nożem tak, jakby chciał wbijać ten nóż w moją klatkę piersiową. Ostatecznie nóż zatrzymywał tuż nade mną. Bałem się śmiertelnie.

Słowa te można by uznać za kolejny wybieg sprawców, gdyby nie fakt, że najprawdopodobniej mając na sumieniu już inne, tego typu czyny, nadal są bezkarni. Zastanawiać musi też niecodzienny pośpiech w rozpatrywaniu sprawy przez miejscowych policjantów. Na złożone 26 września 2018 roku zawiadomienie, Krzysztof – jak twierdzi – już po dwóch dniach otrzymał postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania,. gdyż podobno nie doszło do żadnego przestępstwa.

Tym razem Krzysztof dostał cios od organów ścigania. Nadal jednak, naiwnie liczył na to, że Policja lub Prokuratura w Nowym Dworze Mazowieckim będzie ścigać złoczyńców. Nieporadnie i nieskładnie starał się mówić o kolejnych faktach, pisał do Ministra Sprawiedliwości. Sam nie widział co z tym zrobić, jak działać. W międzyczasie okazało się, że prawdopodobnie (bo prokuratura również odmówiła wyjaśnienia spraw) była próba wyłudzenia pożyczki na jego dane. Po kolejnych wizytach na komisariacie, informowaniu o posiadaniu dowodów, nagrań (nikt nie był nimi zainteresowany) w 2019 r. odmówiono wszczęcia dochodzenia. Za każdym razem mowa jest jedynie o części zdarzeń.

Wobec tego, pod koniec roku Krzysztof zwrócił się o pomoc do mecenasa, który przed laty pomógł mu z mieszkaniem. W rezultacie zostało złożone nowe, kompletne i bardzo obszerne zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, do którego dołączono kilkadziesiąt stron dokumentów i innych dowodów. Opisano poszczególne przestępstwa na szkodę Krzysztofa w wysokości ponad 70.000 zł (pieniądze z pożyczek, sprzęty elektroniczne, pieniądze „na bilety”, skradzione kartą z konta pieniądze), próba wyłudzenia pożyczki, wątek narkotykowy, zastraszanie i przemoc. Ale Prokuratura potraktowała to zawiadomienie, jako wniosek o wznowienie postępowania i oczywiście go nie wznowiła.

O sprawę postanowiliśmy zapytać w nowodworskiej Komendzie Powiatowej Policji. 10 maja br. otrzymaliśmy lakoniczną odpowiedź: „Odpowiadając na Pana korespondencję informuję, iż tak jak wynika z treści przesłanych dokumentów w sprawie toczyło się kilka postępowań zakończonych umorzeniem bądź odmową wszczęcia. Obecnie toczy się również postępowanie sprawdzające pod nadzorem nowodworskiej prokuratury.”

W wyniku działań Krzysztofa, jak wspomina Policja, sprawa ponownie trafiła na biuro w prokuraturze. Żeby było jasne – zawsze do tej samej osoby. Po zadaniu Krzysztofowi kilku pytań i udzieleniu odpowiedzi, które powinny szczególnie zainteresować organy ścigania, odmówiono wszczęcia dochodzenia!

Nam udało się odnaleźć pannę Natalię. Dziewczyna z wypiekami na twarzy zapewniła, że wszystko, co miała powiedzieć, powiedziała już na policji a tak w ogóle, to ona nic nie wie i o wszystkim, czego nie wie, chce zapomnieć. Spotkaliśmy się też z jednym z młodych mężczyzn z kręgu sprawy. Ten był bardziej konkretny. Po udzieleniu dobrej rady wypowiedział starą prawdę: „Jest frajer, jest dojenie”.

Do dziś Krzysztof nie zobaczył ani złotówki, sprzęty też do niego nie wróciły, ani nie zostały rozliczone. Osób biorących udział w mistyfikacji, też już nigdy więcej nie zobaczył. Do spłaty było ponad 70.000 zł, teraz jest znacznie więcej. Krzysztof zarabia niewiele ponad minimalne wynagrodzenie i walczy o przetrwanie, a organy ścigania twierdzą, że nic się nie stało, a dowody w postaci nagranych rozmów i korespondencja wciąż czeka na czyjeś zainteresowanie.

Piotr Korycki

Komentarze

1 komentarz

  1. Bankrut Wojtek odpowiedz

    Załóżcie oficjalną (najlepiej pod auspicjami redakcji) zrzutkę na spłatę długów bohatera artykulu. Pomoże się człowiekowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *