Facebook

POWSTANIE WARSZAWSKIE`44. Wspomnienia świadków… „nie daj Boże nikomu”

2015-08-28 3:41:03

Obecnie coraz więcej osób jest skłonnych przyznać, że data 19 sierpnia na głazie w Nowopolu upamiętniającym tragedię z sierpnia 1944 r. jest pewnym zafałszowaniem historii. Poświadcza to też naoczny świadek Maria Palus, z domu Dymek. TiO” udało się także porozmawiać z innym świadkiem tragedii.

 

Cofamy się 71 lat… Jest połowa sierpnia 1944 r. Nowopol – osiedle w lesie, w pobliżu Wieliszewa. Płonie Warszawa, część powstańców wraca do rodzin. Komuniści zrzucają z samolotów ulotki, by nie podporządkowywać się rozkazom Armii Krajowej. Lokalni żołnierze AK przeprowadzają ataki na wojska niemieckie np. ostrzeliwujące stolicę od strony Pragi. W nocy z 14 na 15 sierpnia nieporęcki oddział majora Konstantego Radziwiłła, poprowadzony przez ppor. Edwarda Gajdę, atakuje w Annopolu niemiecką baterię artylerii ciężkiej (informacje z książki Zygmunta Duchnowskiego „Pluton 709 w konspiracji i walce”).

Ktoś zdradził?

To ich ostatnia wspólna akcja, bo 19 sierpnia Niemcy lokalizują w lasach część tego oddziału i zabijają kilku akowców. Przypuszcza się, że zdradził Czech, który na krótko przyłączył się do akowców i raptem zniknął. Radziwiłł będzie zabity we wrześniu 1944 r. Wcześniej jednak, bo 16 sierpnia`44 (tak wynika ze wspomnień Marii Palus, z domu Dymek) inna tragedia rozgrywa się na osiedlu Nowopol. Kilkunastu młodych mężczyzn i jedna kobieta zostaje rozstrzelanych przez niemieckich żołnierzy. Choć minęło już 71 lat i większość uczestników tych wydarzeń już nie żyje, nadal poszukiwana jest odpowiedź, kto przyczynił się do tej tragedii. Odkrycie prawdy było i jest tym trudniejsze, że były osoby, które celowo wprowadzały w błąd. Jedni ze strachu, inni dla pieniędzy, a jeszcze inni przez niewiedzę. Z poniższych wspomnień wynika, że mógł donieść Niemiec, który poślubił Polkę, mieszkankę Nowopola. Są też osoby, które uważają, że mord z 16 sierpnia był konsekwencją próby uniknięcia kary za pędzenie bimbru. Szczegółowo o tragedii z Nowopola pisaliśmy w „TiO” w sierpniu 2014 r.

Spotkała ich śmierć

To wspomnienia mieszkanki powiatu legionowskiego. Od 1940 r. mieszkała w Nowopolu. Gdy rozgrywały się tragiczne wydarzenia miała 11 lat. Pozostała tam z mamą do 1951 r.

– Mieszkaliśmy pod samym lasem. To był normalny dzień i nie było podczas niego święta. To był cud, że mój brat wyszedł z domu na parę minut przed tym, jak wtargnęli niemieccy żołnierze. To było przed południem. Ten straszny dzień nigdy z głowy mi nie wyjdzie – wspomina. Przebywał wtedy u nich Marian Walczak, który był w ich domu, bo chciał się ukryć i przeczekać do momentu aż się Niemcy uspokoją. Mieszkał tam od kilku dni. Był tam także Edward Łaski i razem z Marianem robili zabawki dla dzieci (od Zdzisława Świerszcza, który od wielu lat wyjaśnia okoliczności tragedii na Nowopolu, „TiO” dowiedziało się, że Roman Tomalski, mieszkaniec Nowopola, zarobkowo zajmował się produkcją zabawek). Tego dnia niemieccy żołnierze zabrali ze sobą Edwarda Łaskiego i Mariana Walczaka. Z relacji naszej rozmówczyni wynika, że Niemcy oprócz wymienionych dwóch młodych mężczyzn rozstrzelali wtedy jeszcze 16 młodych chłopców i jedną młodą kobietę Janinę Tomalską, żonę Romana Tomalskiego. – Ludzie opowiadali, że w tej grupie zastrzeleni zostali też starsi ludzie. To nieprawda. Oni zginęli owszem, ale nie razem z młodymi. Powiem pani, że ja ich widzę. To jest dla mnie straszne. Ile ja tam przeżyłam, nie daj Boże nikomu… – mówi nasza rozmówczyni.

Rzeź na oczach dzieci

W jej pamięci tkwi 19 rozstrzelanych młodych osób. O okolicznościach ich śmierci wspomina ze smutkiem. – My wszyscy musieliśmy stać i na to patrzeć. Kazali nam, dranie. Zaprowadzili ich pod górkę. Ja to pamiętam. Jak biegli pod górkę, to te dranie do nich strzelali. Jak któryś Polak przeżył, to go dobijali – dodaje. Zapytana o powody, dla których niemieccy żołnierze wybrali akurat tę grupę ludzi, wyjaśnia, że to z podejrzenia o ich uczestnictwo w partyzantce. Nie pamięta jednak żadnej budki ani przeprowadzanych w niej przesłuchań. – Oni ich w ogóle nie bili i nie przesłuchiwali w żadnej budce – twierdzi. Nasza rozmówczyni, podobnie jak i inni mieszkańcy Nowopola uważa, że niemieckie wojsko sprowadził Niemiec, który był mężem Polki. – Ona razem z matką to były bardzo porządne kobiety. Niemiec z żoną mieszkali jednak w Warszawie, natomiast na osiedlu Nowopol mieszkała matka żony. Tego dnia, ale przed rozstrzelaniem, starsi ludzie widzieli Niemca, który przyjechał do teściowej. Był ubrany w wojskowy mundur. Zaraz potem, jak odjechał, zjawiła się grupa niemieckich żołnierzy, którzy zabili tyle osób – opowiada świadek tamtych wydarzeń.

Z pamięci Marysi Dymkówny

Pani Maria Palus, z domu Dymek, miała 13 lat w 1944 r. Mieszkała z rodziną w Warszawie. By przeżyć okupację, jej ojciec wysłał ją z matką i młodszym bratem Adasiem w okolice Legionowa. Natomiast jej starszy brat Paweł należał do Armii Krajowej i walczył w grupie „Garłuch”. Mała Marysia wraz z rodziną znalazła się więc na osiedlu Nowopol. Rodzice Marysi, czyli Wacława i Ignacy opiekowali się także w Warszawie Jerzym Dymkiem, synem Wiktorii Smyk (siostry Ignacego Dymka). Jerzy, podobnie jak brat Paweł, należał do grupy „Garłuch”. Też walczył w Powstaniu Warszawskim. Przed 16 sierpnia 1944 r. przepłynął Wisłę i dołączył do rodziny w Nowopolu.

Przesłuchania w budce

Niestety 16 sierpnia 1944 r. niemieccy żołnierze dostrzegli i zabili Jerzego Dymka. Pani Maria wspomina te chwile nieco inaczej, niż poprzedniczka. Przede wszystkim pamięta, że Niemcy wyciągnęli z domów około 60 osób. Spośród nich dokonali selekcji. Odbywała się ona obok budki (szopki), do której podchodził żandarm i otrzymywał instrukcje kogo rozstrzelać. Ponadto pani Maria wie, że Jerzy był przesłuchiwany i bity. Nie przyznał się, że brał udział w Powstaniu Warszawskim. Podobnie jednak jak poprzednia rozmówczyni „TiO”, pani Maria również uważa, że to miejscowy Niemiec (mąż Polki) doniósł niemieckim żołnierzom, że w Nowopolu zgromadziło się kilku młodych ludzi oraz przybył powstaniec.

A oto obraz tragedii, którą Marysia Dymkówna musiała oglądać – Do wszystkich, których wybrali, podchodzili po kolei i strzelali w tył głowy. Jurek zginął przedostatni. Potem Niemcy zostawili trupy. Po pewnym czasie ludzie się zgromadzili i zaczęli kopać dół, by pochować zwłoki. Moja mama nie zgodziła się, by pochować Jurka we wspólnej mogile. Powiedziała, żeby mąż ciotki zbił trumnę a mnie wydelegowała, żebym ubrała i przygotowała Jurka do trumny – wspomina pani Maria. Kiedy wzięła do ręki głowę brata, przewiązała ją serwetką śniadaniową. Kula przeszła mu przez oko. Niedługo potem usłyszała serię strzałów. To żołnierze niemieccy strzelali do ludzi, którzy zgromadzili się przy zwłokach. – Kobiety, które mi pomagały uciekły. Zostałam z Adasiem. Rękoma zasypywaliśmy trumnę z Jurkiem. Ona była w takim rowku – wyjaśnia siostra.

Notowała Olga Gajda

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *