Facebook

Steinway na tle kwitnącej magnolii

2015-04-22 3:01:00

Osypaną kwieciem magnolię można było oglądać przez okno Sali Balowej podczas recitalu pianisty Andrzeja Stefańskiego w niedzielę 19 IV

ANTONI KAWCZYŃSKI

toiowo@toiowo.eu

W programie Sonata Es-dur op. 27 i Wariacje na temat Eroiki Beethovena, Kreisleriana Schumanna oraz Tarantella z Lat pielgrzymki Liszta. Prawie półtoragodzinna porcja muzyki zagrana biegle przez 82-letniego artystę – to imponujące. Oczywiście biegłość i swoboda w pokonywaniu trudności technicznych, jakimi jeżyły się wymienione dzieła, to nie wszystko. Niezbędna jest osobowość grającego; osobowość dużego formatu. W przeciwnym razie, pomimo sprawności manualnej, sonata Beethovena, suita Schumanna i fantazja Liszta zabrzmią pusto. Andrzej Stefański, rasowy muzyk, człowiek, który swoje długie życie poświęcił bez reszty sztuce pianistycznej, potrafi nadać odpowiednią wagę muzycznym frazom i przybliżyć nam geniusz owych kompozytorów.

Ileż to razy zdarza się, że młody pianista sięga po wielki repertuar – dla popisu. Beethoven służy mu do zademonstrowania własnego ja. Pomiędzy dźwiękami można się dosłuchać: „Patrzcie, jak mi to dobrze idzie!” W grze naszego solisty absolutnie nie wyczuwa się takiego egocentryzmu. Podczas słuchania sędziwego mistrza odbiorcy przenoszą się myślami do owej niezwykłej epoki, jaśniejącej nazwiskami nieśmiertelnych twórców.

*

Perłą mojej kolekcji płyt jest longplay z dwiema sonatami Beethovena w wykonaniu Andrzeja Stefańskiego. Początkowa część Opusu 109 odznacza się nieporównaną delikatnością i zwiewnością. Od wyprodukowania dysku minęło wiele lat, biologia jest nieubłagana, toteż obecnie klawiatura stawia nieco większy opór. Lecz  kiedy stykamy się z wybitną osobowością, wówczas jedna czy dwie usterki palcowe nie mają znaczenia.

Napisawszy te słowa zastanawiam się jednak, czy nie jest to z mojej strony niesprawiedliwość. Przychodzi mi na myśl Tarantella, majstersztyk typowo wirtuozowski. Fragmenty, w których graną na środkowych klawiszach melodię wzbogaca seria zstępujących biegników w partii prawej ręki – to było coś porywającego. Biologia okazała się łaskawą.

Widok, jaki mieliśmy przed oczami, nasuwał skojarzenie z ostatnim – moskiewskim – występem Horowitza.

*

Czuję żal do publiczności, że nie domagała się bisu. Chciałoby się więcej muzyki, a – mniej słów. Mam na myśli poprzedzający koncert komentarz. Pogadanka pełna naiwnych superlatywów, jak „przepiękne”, „cudowne”, „wspaniałe”, obfitująca w wiadomości znane uczniakom podstawówki. Musieliśmy wysłuchać, że Beethoven był głuchy, oraz to, że wraz z Haydnem i Mozartem tworzy trójkę klasyków wiedeńskich. Słuchało się tych banałów ze zniecierpliwieniem, ale to jeszcze pół biedy. Gorzej, że niektóre informacje były wprost bałamutne. To nieprawda, iż pierwotnym zamiarem Beethovena było koncertowanie, a dopiero utrata słuchu skłoniła go do zajęcia się kompozycją. Od początku twórczość stanowiła główny jego cel. W chwili, gdy można było mówić o zaawansowanej głuchocie, muzyk z Bonn miał już w swoim dorobku sporo arcydzieł, m. in. dwa koncerty fortepianowe. O Fryderyku Wiecku też warto wiedzieć, że był nauczycielem gry fortepianowej, zaś nauką kompozycji nie parał się bynajmniej. To młodziutki Robert Schumann mógłby przyszłego teścia uczyć kunsztu kompozytorskiego, a nie odwrotnie.

Jaka szkoda, że przed muzykowaniem w Jabłonnie nie zabiera głosu prof. Andrzej Zieliński – fachowiec mający dar słowa.

Podobne artykuły

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *