Facebook

REPLAY ZZA BRAMKI. Autowy projekt

2016-05-10 3:16:26

W zakończonym niedawno sezonie 2015/2016 Orlen Ligi siatkarki Legionovii Legionowo wylądowały na dziesiątym miejscu. Lokata (na 12 rywalizujących drużyn), mówiąc delikatnie – nie powala. Nie tylko po cichu liczono na lepszy wynik, więc znalezienie się w końcowym „gruppetto”, składającym się z czterech najsłabszych zespołów, trzeba uznać, jeśli już nie za porażkę, to za spore rozczarowanie.

Po szóstej lokacie w poprzednim sezonie, którą w klubie odtrąbiono jako niebywały sukces (fakt, tak wysoko Legionovia jeszcze się nie plasowała, ale żeby od razu dąć w fanfary), chyba za wcześnie uwierzono, że droga na krajowe szczyty stoi przed naszymi siatkarkami otworem. „Szarpnięto” się więc na dość odważny (szalony) pomysł, który zyskał nawet nazwę legionowskiego, autorskiego projektu (tu proszę sobie wstawić nazwisko pomysłodawcy) na sukces. Polegał on z grubsza rzecz biorąc na zbudowaniu drem teamu bez stranieri, z obiecujących, młodych, rodzimych siatkarek, jakby talenty
w naszej dołującej coraz bardziej krajowej siatkówce – rodziły się na kamieniu. Już pierwsze mecze rundy zasadniczej pokazały, że zderzenie typowego chciejstwa, z siatkarską nawet koślawą rzeczywistością może być bolesne. I nie chodzi już tylko o samo niziutkie miejsce w rozgrywkach, ale także sam styl, poziom gry zespołu. Dlaczego tak się stało?

Czytam właśnie, że na Legionovię w minionym sezonie spadło niemal dziesięć plag egipskich. Sponsor tytularny ogłosił upadłość, włoska myśl szkoleniowa w osobie jeszcze nie tak dawno chwalonego Ettore Guidettiego (i faceta od przygotowania fizycznego) okazała się niewypałem, siatkarki nękały kontuzje, część była przemęczona sezonem reprezentacyjnym, sędziowie przychylniejszym okiem patrzyli na rywalki i takie tam inne, dyżurne trele-morele. Nikt nie próbował szukać przyczyn zaczynając od słów – mea culpa. Winnych cieniutkich wyników szukano tradycyjnie, wśród innych. Manatki musieli więc spakować włoscy szkoleniowcy, potem „podziękowano” dwójce Bogu ducha winnym siatkarek. Jedna podobno psuła atmosferę w szatni, druga nie spełniała pokładanych w niej nadziei, chociaż szans na to, aby się wykazać, otrzymała mikroskopijnie mało. Reasumując: pospieszna diagnoza nie przyniosła rzecz jasna poprawy stanu zdrowia chorego, bo… chory od początku nie był zdrowy. Próbowano mu tylko wmówić, że jest gotowy na podjęcie nowych, sportowych wyzwań. Wolne żarty…

Wmawia się także kibicom, że zamknięcie Orlen Ligi (nie ma spadków, nikt nie awansuje) służy rozwojowi rodzimej krajowej siatkówki. Twierdzę, że jest wręcz odwrotnie, że to co jako tako sprawdza się w męskie superlidze, nie powinno być bezkrytycznie powielane wśród pań, bo zabija sportowego ducha walki, jest antymotywacyjne. Jeśli komuś służy, to chyba towarzystwu wzajemnej adoracji zarządzającemu OL. M.in. dlatego moja krytyczna ocena „dokonań” seniorek Legionovii w minionym sezonie w najmniejszym stopniu skierowana jest przeciwko samym siatkarkom. To nie tylko ich wina za szybko okrzyknięto jej talentami, rzucono na głęboką wodę, a z podstawami siatkarskiego abecadła jeszcze u nich krucho. Mimo wszystko mam wciąż nadzieję, że ze straconego sezonu, ktoś w Legionovii potrafi wyciągnąć konstruktywne wnioski. Kilka dziewczyn (3–4) ziemni klimat, poszuka szans na sportowy rozój w innych klubach. To naturalne i dla klubu z ul. Parkowej, nie aż tak bolesne, bo jak powszechnie wiadomo Legionovia od dwóch sezonów – jakby to nie zabrzmiało – młodzieżową siatkówką stoi. To musi w końcu przynieść efekty, chociaż… Gdy znowu słyszę coraz bardziej wyświechtany refren „że można z nami wygrać, ale nigdy nas pokonać”, to mam wątpliwości. Słowa czy też tak modny dzisiaj PR – to nie wszystko. Panowie zmieńcie płytę!

JERZY BUZE

Fot. fotoMiD

Podobne artykuły

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *