Facebook

REPLAY ZZA BRAMKI. Trener jak saper?

2016-11-02 10:38:42

Podobno trener jest jak saper: nie zna dnia, ani godziny kiedy wyleci. Na szczęście tylko z pracy. A jak mawiają potencjalni laureaci Nobla z ekonomii, jeśli zwalniają tzn. że będą wkrótce przyjmować.

Co by się jednak nie rzekło (nie napisało) robota trenera do najwdzięczniejszych – nie należy. Szkoleniowiec stąpa po grząskim gruncie, lawiruje po swego rodzaju polu minowym. Musi pogodzić możliwości zespołu, z najczęściej wygórowanymi oczekiwaniami szefów klubu. Uważać, żeby nie narazić fanom zespołu oraz kibicom-hejterom, którzy zawsze wszystko wiedzą lepiej. Nie można też w tym fachu zbyt często podpadać sędziom, mediom, a zwłaszcza obrażalskim zawodnikom, którzy potrafią zagrać…”na nosie”. Mówiąc inaczej – jeden wielki stres, bo trener jest tak dobry, jak ostatnie wyniki prowadzonego przez niego zespołu. Łatwiej i taniej jest zresztą zwolnić jednego szkoleniowca, niż rozpędzić na cztery wiatry pół zespołu Od tych reguł bywają czasami wyjątki.

W piłce kopanej trenerska karuzela kręci się w najlepsze od ładnych kilku lat. W tym sezonie „zaraza” dopadła także piłki ręcznej Ta epidemia może budzić spore zdziwienie, bo od tego właśnie sezonu ręczna ma być zarządzana profesjonalnie, a na dodatek zamknięta od spadków na trzy sezony. Wydawać się więc mogło, że władze podobno profesjonalnych klubów pozwolą spokojnie, długofalowo popracować szkoleniowcom. Nic z tych rzeczy. W PGNiG Superlidze, jak to się eufemistycznie nazywa – podziękowano już za współpracę czterem trenerom, choć do półmetka rozgrywek trochę brakuje.

W kontekście powyższych słów ostatnia legionowska roszada na trenerskim stołku nie jest reprezentatywna. Jest raczej wyjątkiem od reguły. Z kilku względów zresztą. M.in. trener Robert Lis na koniec ubiegłego sezonu (a więc sezonu jeszcze nie profesjonalnego) nie wyleciał z pracy, a sam z nie rezygnował. Rozstanie dalekie było od Wersalu, więc dzisiejszy came back szkoleniowca, z którego nazwiskiem związane są najlepsze osiągnięcia lokalnego klubowego szczypiorniaka, są dla wielu sporym zdziwieniem. Dla mnie tylko miłym zaskoczeniem.

Po pierwsze dlatego, że obie strony poszły po rozum do głowy tak szybko, a po drugie dlatego, że tak właśnie postępują prawdziwi faceci. W emocjach dają sobie po „razie”, ale potem potrafią znaleźć płaszczyznę dalszej współpracy. Mam nadzieję, że znaleziono kompromis wciągając wnioski z niedalekiej zaszłości w imię wyższej sprawy. W tym przypadku wydaje się nią być dalszy rozwój lokalnego, klubowego szczypiorniaka.

Jerzy Buze

Fot. fotoMiD

Podobne artykuły

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *