Facebook

SPORTOWY ALFABET sezonu 2015/2016

2016-01-07 2:57:23

Sportowy alfabet referenta prasowego, jak sam siebie z przymrużeniem oka nazywam, pisany na przełomie roku 2015/2016 jest siłą rzeczy wybiórczy, subiektywny, skażony ponad 30–letnim stażem towarzyszenia szlachetnej rywalizacji nie tylko na szczeblu lokalnym. Moje niepełne abecadło nie rości sobie więc pretensji do nieomylności i jeśli ktoś poczuje się nim „uszczypnięty” – z góry przepraszam. W sporcie powinny obowiązywać zasady fair play, choć czasami „jazdy po bandzie” nie da się uniknąć.

 

A jak AWANS. Awans, by nie powiedzieć skok, naszego sportu lokalnego na przestrzeni ostatni trzech dekad widoczny jest gołym okiem. Minęły już bezpowrotnie czasy monokultury piłki kopanej. Dziś całe miasto, ba – powiat, mają dwa zespoły na najwyższym szczeblu rozgrywek krajowych, trzeci też jeszcze rywalizuje na szczeblu centralnym, choć to tylko druga, czyli de facto trzecia liga. Jeśli dodamy pierwszego własnego chowu olimpijczyka, 2–3 taekwondzistów i innych dzielnych wojowników sztuk walki, naszych ziomali, młodziutkich kolarzy z klanu Banaszków w biało–czerwonych barwach, biegaczy amatorów, motoparalotniarza, brydżystów, to… Na palcach jednej, i to stolarskiej ręki, wyliczyć można aglomeracje podobnej wielkości, które w takim stopniu sportem stoją (przepraszam za ten niezamierzony słowny paradoks, takie – qui pro quo).

B jak BAZA. To oczywista oczywistość, że wyprysk sportowych wyników trudno sobie wyobrazić, bez m.in. rozwoju lokalnej sportowej bazy. Sportowych Orlików ze sztuczną trawą ci u nas pod dostatkiem, trudno je nawet zliczyć. Podobnie jak i sal szkolnych gimnastycznych, które teraz nazywa się nobilitująco – halami. Nie jedna szkoła może poszczycić się tartanem, po rowerowych ścieżkach śmigają zwolennicy dwóch kółek, choć czasami próbują je zaanektować „na skróty” zmotoryzowaniu. Mają swój Park Zdrowia seniorzy, czyli oldboje, gdzie nie tylko ćwiczą, ale i ochoczo wycinają hołubce. Jeśli do tego dodamy dobrze wyposażone siłownie (nie mylić z koksowniami), rozmaite kluby fitness, nawet pole golfowe oraz obiekty, gdzie przez okrągły rok można pograć w tenisa ziemnego czy squash to… żyć nie umierać. Ba, mogło być nawet lepiej, bo jeszcze niektórzy pamiętają, że na miejskim stadionie stworzono boisko do prowansalskiego bocce, a zupełnie nie tak dawno władze miasta chyłkiem wycofały się z nieprzemyślanego do końca pomysłu stworzenia w Legionowie sztucznego toru łyżwiarskiego. Niech już lepiej powstanie basen z prawdziwego zdarzenia, bo ten przy ZSO nr 2, zostanie wkrótce wpisany na listę zabytków lokalnego dziedzictwa. Nie, nie zapomniałem o Arenie Legionowo. Zostawiłem ten już ponad pięcioletni symbol awansu legionowskiego sportu na deser. Wielu ludziom w kraju, ale także w Stanach Zjednoczonych, Jekaterynburgu, Odincowie, Serbii, Czechach, na Białorusi i w Bułgarii, nasze miasto kojarzy się z – jak by to nie zabrzmiało – z Areną właśnie. A dzięki promocji miasta przez sport sam poznałem dziesiątki ludzi, którzy nie mówią już Legionów, a Legionowo.

D jak DOBRODZIEJ. Mówiąc inaczej – sponsor. Modli się o takowego, każdy szanujący się prezes klubu, a nawet klubiku, często niestety z dość miernym efektem. Nie wszyscy mają zdolności marketingowo-pijarowskie mistrza w fachu wyszukiwania sponsorów, sympatycznego skądinąd Marka B. Przed laty było łatwiej, bo przez sport – co jest tajemnicą poliszynela – można było prać „brudne pieniądze”. Dziś o sponsorów trudno. Wielu biznesmenów niezbyt jeszcze docenia promocyjną rolę sportu, z pewną podejrzliwością patrzy na kluby, którym trudno się przestawić na profesjonalne, menadżerskie zarządzanie. Mówiąc dosadniej: nikt nie lubi wyrzucać pieniędzy „w błoto”, zwłaszcza po aferze korupcyjnej w krajowym (i światowym) futbolu, czy nawet tak uwielbianej w kraju nad Wisłą siatkówce. Dobrodziej woli dziś dać na odczepnego kilka „zetów”, ale żeby na dłużej wiązać się umową sponsorską? Na lokalny sport najwięcej dziś łoży miasto (czyli my wszyscy), a kluczowa dyskusja czy dawać wszystkim, choćby symbolicznie, czy skoncentrować się na wybranych dyscyplinach – jeszcze przed lokalnymi samorządami. Póki więc co trwają modlitwy o sponsorów, a lobbyści w miejskim Ratuszu robią swoje.

D jak DOPING. Potrzebny, nierozerwalnie związany z rywalizacją, wyzwalający u sportowców skrzydła lub jak kto woli, dodający im „kopa”. Mowa oczywiście nie o dopingu farmakologicznym, ale tym z trybun. Lubię czasami popatrzeć nie na sam mecz, ale na autentyczną reakcję młócących w bębny fanklubów, bo takich dorobiły się już nasze sztandarowe zespoły siatkarek i piłkarzy ręcznych. Kiedyś swoją „żyletę” mieli także piłkarze nożni, ale dziś jest to raczej – „loża szyderców”. O tempora, o mores! Szukam w reakcji trybun pozytywów i, o paradoksie, znalazłem taki w ogłoszonej przed kilkunastoma tygodniami upadłości sponsora tytularnego legionowskich siatkarek. Z trybun, jak domniemywam ze względów oszczędnościowych zniknął tzw. dj. I dobrze! Od tego infantylnego „show” kręciło się w głowie, mecz zamienił się w gminną dyskotekę, z „falami”, obrotami, podskokami i frazesami, komplementami pod publiczkę. Teraz i tak rozgadanego ponad miarę tzw. spikera można jako tako strawić. We dwóch, każde sportowe widowisko potrafili zamienić w uciążliwą groteskę.

G jak GWIAZDY. Sport, nawet ten drużynowy, bez wielkich gwiazd to jak… Gwiazdy zapełniają trybuny, wprawiają widzów ekstazę, czasami nawet same przesądzają o losach sportowej rywalizacji. Oczywiście nasz lokalny sport, jeszcze się gwiazd światowego formatu nie dopracował, myślę jednak, że to tylko kwestia czasu, a czas jak wiadomo jest pojęciem względny. Gwiazdy jednak bywają u nas w Legionowie. Czasami niespodziewanie na treningu, czasami jako uczestnicy spotkań, bywają też na trybunach jako widzowie. Dobre i to, bo przecież za lokalne gwiazdy sportu „robią“ u nas, tak zacni i utytułowani sportowcy, jak np. Joanna Paprocka, Dawid Szulich, Monika Nyrć i kilkoro mniejszych, nazwijmy ich – gwiazdeczek. Pamiętam początki sportowej przygody „Paprotki“ i Dawida. Nie mieli nic wskazującego na to, że potrafią w sporcie tak wiele osiągnąć. A jednak, nie bez kozery „robią“ za nasze sportowe gwiazdy, choć, zapewniam, nic z gwiazdorskiego szpanu w sobie do dziś nie mają. Normalni młodzi ludzie.

I jak IMPREZA. Sportowa oczywiście, bo słowo to ma dziś szerszą konotację, niekoniecznie związaną z meczem, pojedynkiem, mistrzostwami, rywalizacją. Sportowych imprez w naszym mieście, nie tylko o zasięgu lokalnym – nie brakuje. Nic tylko uczestniczyć, bądź podziwiać. Do wyboru, do koloru, dla pań i panów, młodzieży, nawet maluchów. Można np. popatrzeć na zgrabne nogi i makijaż siatkarek, mający kłopoty ze słuchem mogą uczyć się czytać z ruchu ust piłkarzy, lubiący bardziej męskie wrażnia zostaną usatysfakcjonowani na meczach piłkarzy ręcznych, lub też na galach bokserskich, lub „wolnej amerykanki” w coraz popularniejszych klatach. O gustach i upodobaniach (także sportowych) podobno nie powinno się dyskutować, więc niech każdy szuka takich sportowych wrażeń jakie preferuje. A propos imprez: pytanie o to czy sportowcy lubią imprezować pozostawiam bez odpowiedzi.

K jak KALENDARZ. Tegoroczny kalendarz sympatyka sportów wszelakich wyjątkowo bogaty i urozmaicony, emocje związane z występami biało–czerwonych gwarantowane. Polskie Euro piłkarzy ręcznych, potem francuskie z udziałem naszych orłów w futbolu, a na deser sierpniowy deser na Igrzyskach Olimpijskich w brazylijskim Rio. W międzyczasie walka siatkarek i siatkarzy, także piłkarzy ręcznych o kwalifikację olimpijską. Siłą rzeczy emocje związane z lokalnym sportem w tym roku schodzą na plan dalszy. W zasadzie fani siatkówki już są tych emocji pozbawieni, bo nasze dziewczyny w drugiej części sezonu grają już, przepraszam za wyrażenie – o nic. Może natomiast emocjonować balans piłkarzy nożnych na linie, czyli o utrzymanie statusu drugoligowca. Osobiście najmocniej będę trzymał kciuki za legionowskich szczypiornistów. Jest stale szansa, że dzielna ekipa trenerów Roberta Lisa i Marcina Smolarczyka zaskoczy wszystkich i uplasuje się w gronie ośmiu najlepszych drużyn krajowych. Byłby to przedni numer z kilku zresztą powodów.

K jak KIBIC. Dziś prawdziwych kibiców już podobno nie ma. Od czasu do czasu dają o sobie znać kibole, w modzie są fankluby poszczególnych zawodników, drużyn… W internecie, na oficjalnych stronach klubowych, znikają fora dyskusyjne, w cenie są tylko „lajki” czyli polubienia, kwitnie propaganda sukcesu, ewentualnie „krzywdzenie” naszych przez sędziów. Na trybunach coraz więcej „łysin”, kibice preferują emocje przed telewizorem, a jeśli już gotowi są odwiedzić sportowe areny, to najchętniej wtedy, gdy grają biało–czerwoni… Może trochę przesadzam, bo prawdziwe sportowe gwiazdy, stale jeszcze są w cenie, zapełniają trybuny, a prawdziwych kibiców znam kilkudziesięciu osobiście w naszym mieście, choć niektórych tylko z wiedzenia. Z panem Jackiem np. można pogadać i o siatkówce, także piłce kopanej i szczypiorniaku, czasami wystarcza wymowne spojrzenie. Z panem Władkiem można przerzucać się newsami, niemal z każdej dyscypliny uprawianej lokalnie. Pan Witek potrafi każdy mecz ocenić fachowo, nie tylko telewizyjnym żargonem. Podobnie jak Jarek, Stefan, Wojtek, Arek, Grzegorz… Jest najmłodszy w tym gronie Mateusz, kilkunastu innych potrafiących odróżnić „wystawiaczkę” od rozgrywającej, rzekomy talent pomocnika grającego w kółeczko i do tytułu, wiedzących, że Witek Titow to nasz człowiek, tylko z białoruskim paszportem, i orientujących się, że w legionowskich zespołach wychowankowie lokalnych klubów to ostatnie rodzynki w cieście

P jak PIRAMIDA. Już egipscy faraonowie wiedzieli, że piramida musi mieć solidne podstawy. Ta sportowa, lokalna podobno też. Różnie jednak z tym bywa. Niby jej fundament tworzą szkolne, uczniowskie, gminne i miejskie kluby sportowe, ale ich praca często idzie w gwizdek, lub do urzędniczych statystyk. Bywają też klubowe efemerydy, znikające szybko, bezboleśnie i bez śladu. Kluby też powinny z założenia mieć kształt piramidy i solidne podstawy, czyli praca z najmłodszymi powinna w nich aż furczeć. W niektórych klubach młodzieżowych roczników jest sporo, tyle, że z nich na sam szczyt takiej klubowej piramidy dostają się wyjątki. Nawet w takich lokalnych klubach obowiązuje niestety zasada, że łatwiej kupić, niż wychować. I jakoś, ten klubowy biznes się kręci. Szkoda, że w tym wszystkim brakuje jakości pracy, systematyczności, konsekwencji. W kontekście choćby powyższych słów nie odważę się zaryzykować tezy, że sportowa piramida w naszym kraju ma solidne podstawy. Raczej jest to jeśli nie piramida postawiona na głowie, to na glinianych nogach. Czasami aż dziw bierze, że na sam czubek światowej, sportowej piramidy wdrapują się nasi rodacy.

S jak SĘDZIOWIE. Mam wobec sportowych arbitrów, najczęściej panów (ale i pań) z gwizdkiem i w czerni, ambiwalentne odczucia. Z jednej strony ich podziwiam, przede wszystkim za odwagę (a w zasadzie za psychiczny masochizm), bo dobrowolnie wystawiają się na docinki, gwizdy, śmiech i epitety trybun, z drugiej czasami mnie po prostu wkurzają. Przyznaję więc bez bicia kilkakrotnie pokrzykiwałem ”sędzia kalosz”, lub „kup se okulary”, ale z czasem patrzę na błędy, a może omyki sędziów z coraz większym, stoickim spokojem. Profesja jak profesja, ktoś to musi robić, każdemu z nas zdarza się gorszy dzień. Po latach bywania na sportowych arenach łatwiej rozróżniam sędziowskich nieudaczników, którzy za szybko otrzymali uprawnienia od „drukarzy”, którzy tylko cudem nie trafili na dywanik do Wrocławia. Dobry sędzia? Niewidoczny dla widzów, nie przeszkadzający w grze. Są tacy.

S jak SUKCES. Walczą o niego sportowcy, łakną jak kania dżdżu działacze, sukces wprawia w ekstazę kibiców, w jego blasku grzeją się wszelkiej maści politycy. Ze smutkiem konstatuję, że słowo to w lokalnym sporcie traci nie tyle może na znaczeniu, co jest coraz bardziej deprecjonowane. Przykładowo: dla jednego z prezesów legionowskiej siatkówki szóste miejsce w rozgrywkach Orlen Ligi, to sukces. Drużyna na 30 spotkań odnosi tylko 8 zwycięstw (i to w sezonie ocenionym przez takiego eksperta jak A. Niemczyka, jako najgorszy w rozgrywkach ostatnich lat) i odnosi sportowy sukces?! Dla mnie to mało śmieszny żart, ale słowa prezesa poszły w „świat” i dziś przez innych „fachowców” są powielane, kolportowane… Czekam, że 9. – 10. miejsce też zostanie ocenione jako prawie sukces w lidze, w której nikt nie spada, a rywalizacja w fazie play– off mało kogo interesuje.

T jak TRENER. Podobno jak saper, nie zna dnia, ani godziny, kiedy… wyleci. Trenerowi łatwiej przecież podziękować, niż kiepskiej drużynie. Ktoś musi odpowiadać za kiepskie transfery, za wciskanie zarządowi rewelacyjnych „wzmocnień”, za kiepściutkie wyniki i obiecane sponsorom sukcesy. Karuzela z trenerami, kręci się dość szybko, tym bardziej że podaż w tym fachu przewyższa pobyt, granice są otwarte, na dodatek szkoleniowców po rozmaitych, przyspieszonych kursach stale przybywa. Tylko prawdziwych fachowców coraz jednak mniej. Jednym słowem to profesja dość wysokiego ryzyka, zarówno dla tych, którzy ją wykonują, jak i ich potencjalnych chlebodawców, bo trenerzy (nawet z nazwiskiem) są tak dobrzy jak ostatnie wyniki drużyn przez nich szkolonych. Na dodatek cierpliwych, znających się na rzeczy włodarzy klubów – coraz mniej.

W jak WŁOSZCZYZNA. Podobno to królowa Bona Sforza pierwsza sprowadziła w XVI wieku włoszczyznę (z Włoch) do Polski, ale import z Półwyspu Apenińskiego nadal kwitnie, nie ominął także sportu. Teraz w modzie jest sprowadzanie włoskiej myśli szkoleniowej, służącej rozwijaniu siatkówki, kobiecej w szczególności. „Tryndowi” temu, jak na prawdziwych Europejczyków przystało, podporządkowali się także włodarze legionowskiego klubu i dziś mogą tylko, jak w wierszu Jana Brzechwy o włoszczyźnie, skonstatować: „A to feler, westchnął seler…”
Cóż, nie każdy Włoch, nawet o tak zacnym dla siatkówki nazwisku jak Guidetti, jest mistrzem w swoim fachu. Ettore wspierany przez swego rodaka od przygotowania fizycznego, jak się dziś okazuje po prostu „dali ciała”, choć z pobytem związany jest podobno największy sukces (patrz hasło– sukces) w historii legionowskiej siatkówki.

Skrócony alfabet sporządził: Jerzy Buze
Fot. fotoMiD

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *