Facebook

WYWIAD. Wybrałem trzecią drogę

2017-03-10 8:00:49

Rozmowa z Andrzejem Bochaczem, informatykiem i witrażystą, twórcą Legionowskiej Pracowni Witrażu „12U”

– Co było najpierw – programowanie czy witraże?

– Firmę informatyczną prowadzę od zawsze, bo od ćwierć wieku. Jakieś dziesięć lat temu postanowiłem odpocząć od pracy i zaplanowałem krótki odpoczynek. Najpierw, w ramach autoterapii przez około dwa lata malowałem na porcelanie. Chciałem zająć czymś myśli, bo przy prowadzeniu własnego biznesu można się wypalić. Potem – gdy ktoś przez pomyłkę dał mi książkę o witrażach – zająłem się w tą branżę. Z czasem została moją drugą pasją, która trwa do dziś.
Najpierw kupowałem literaturę, by poznać teorię. Potem trzeba było przejść do zajęć praktycznych, więc zapisałem się na specjalistyczne kursy, podczas których poznawałem sekrety obróbki szkła i inne tajniki zawodu. Na początku treningów wypełniłem cały pokój ptaszkami, słonikami i innymi zwierzątkami, a gdy już z grubsza wiedziałem, na czym to wszystko polega, metodą „zrób to sam” zgłębiałem kolejne tajemnice. A ponieważ trening czyni mistrza, od 10 lat ćwiczę prawie codziennie, choć do mistrza jeszcze mi daleko. Kiedy porównuję swoje umiejętności z wiedzą na przykład absolwentów kierunkowych studiów wyższych, czuję wyraźne braki warsztatowe. W Polsce działa kilka szkół, w których można studiować sztukę witrażu. Jedną z nich jest Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu, kolejną uniwersytet w Toruniu, działa też kilka techników rzemiosł artystycznych.

Stacja 1 drogi krzyżowej w kościele pw. Matki Boskiej Fatimskiej w Legionowie

Stacja 1 drogi krzyżowej w kościele pw. Matki Boskiej Fatimskiej w Legionowie

– Na czym z grubsza polega praca witrażysty?

– Najpierw trzeba przygotować projekt, potem na jego podstawie wycina się odpowiednie kawałki szkła, a następnie łączy się je ze sobą. Stosowane są dwie podstawowe metody – szkło można oprawić w profil ołowiowy i wstawić w pożądane miejsce lub owinąć taśmą miedzianą, którą potem się lutuje. Metodę z profilem ołowianym stosuję u siebie, jest ona znana od pięciuset lat.

– Czy do wyrabiania witraży potrzebne jest specjalne szkło?

– Od szkła zwykłego różni się ono wielkością naprężeń, niemniej jednak witraż można zrobić również ze szkła okiennego, jakkolwiek to trudniejsze zadanie. Szkło witrażowe jest dostępne w którejś z kilku działających u nas hurtowni lub bezpośrednio u producenta. Jednym z nich jest huta w Jaśle, gdzie wytwarza się szkło starymi metodami. Najprościej mówiąc, najpierw trzeba wydmuchać szklaną bańkę, następnie ją rozciąć, wyprostować i mamy gotową taflę. Osoby zaciekawione szczegółami sztuki witrażu odsyłam do swojego czasopisma internetowego „Barwy szkła”, największego w Polsce serwisu tej branży.
Warto też wiedzieć, że w marcu przyszłego roku w pomieszczeniach dworca w Legionowie odbędzie się konferencja naukowa poświęcona sztuce witrażu. Jej organizatorem jest stowarzyszenie „Ars Vitrea Polona”, skupiające śmietankę witrażystów.
W Legionowie pojawi się około 200 osób, zarówno z Polski jak i Europy. Konferencja potrwa 3 dni, przewidziano wykłady, spotkania i wycieczkę.

– Gdyby miał Pan polecić wędrówkę szlakiem witraży, odwiedzenie jakich terenów zasugerowałby Pan chętnym?

– Kraków i Łódź. W Krakowie i dwa miesiące nie starczą na obejrzenie wszystkiego. Witraże są tam nie tylko w obiektach zabytkowych, ale i w zwykłych kamienicach. Z kolei w Łodzi rozkwit witraży przypadł na czas rozwoju kapitalizmu. Przedsiębiorcy mieli dużo pieniędzy, z których część wydawali na upiększenie swoich posiadłości, w tym na witraże. Poza tym Łódź i Kraków miały szczęście, bo przeżyły wojnę bez większych zniszczeń. W Warszawie również było wiele witraży, ale – niestety – spalono nam miasto.
Ogólnie mówiąc, Polska jest bogata pod tym względem. Szczególnym miastem jest Wrocław, w którym znajduje się największa w kraju kolekcja witraży. Jednym z jej eksponatów jest najstarszy w Polsce witraż św. Teofila, pochodzący z XI wieku.
Dodam, że cyklicznie organizuję wycieczki szlakiem mistrzów witraży. Dotychczas było ich siedem. W tym roku pojedziemy na Śląsk.

Lampa autorstwa Andrzeja Bochacza

Lampa autorstwa Andrzeja Bochacza

– Kto zgłasza się do Pana z zamówieniami?

– Większość zleceń pochodzi od kościołów, spora część zamówień dotyczy pochówków – chodzi tu głównie o nagrobki, pozostałe pochodzą od innych klientów. Są one bardzo różne – od prostych lamp po bardziej wyrafinowane dyspozycje. Kiedyś na przykład robiliśmy całą witrażową ścianę działową do mieszkania.
Dużo moich prac znajduje się w Legionowie. W kościele pw. Matki Bożej Fatimskiej na Piaskach jest wielki witraż poświęcony drodze krzyżowej. Praca nad nim pochłonęła 15 miesięcy. Nawiasem mówiąc, dzięki temu witrażowi miałem okazję uczestniczyć we wzruszającym zdarzeniu. Otóż w telewizji zobaczyli go mieszkańcy niewielkiej wsi Racławice Śląskie, zamieszkałej głównie przez przesiedleńców z Ukrainy i ich potomków. Trafili tam ludzie ocalali z pogromów organizowanych przez UPA w latach 40-tych minionego wieku. Wielu z nich pochodziło ze wsi Buszcze, w której wymordowano wówczas większość mieszkańców, doszczętnie spłonęły wszystkie obejścia i kościół; ocalał tylko obraz Matki Boskiej Buszczeckiej, co uznano za cud. Ocaleni ukryli ten obraz, a potem zabrali go ze sobą do Polski podczas przesiedlenia. I właśnie po wspomnianej relacji telewizyjnej mieszkańcy Racławic zgłosili się do mnie z prośbą o wykonanie repliki obrazu w postaci witrażu.
Było to duże wyzwanie. Pracowałem nad nim kilka miesięcy. Długo szukałem pomysłu. Ostatecznie w nawiązaniu do tamtych tragicznych zdarzeń umieściłem Matkę Bożą w żywym, płonącym ogniu. Wiernym witraż bardzo się spodobał, widziałem łzy w oczach tych, którzy przeżyli te czasy. Mówili mi potem, że dostali więcej niż oczekiwali.
Wielką próbę stanowiły też „Tajemnice różańcowe”. Składa się na nie pięć kaplic. Każda z nich zawiera cztery witraże, co w sumie daje dwadzieścia tematycznych, bogato zdobionych elementów, podświetlonych ledami. Ten witraż zamontowany jest w parku kościoła pw. Matki Bożej Fatimskiej.

– Jak Pan dzieli czas na prowadzeniu firmy a swoją pasję?

– Akurat to jest najprostsze. Do 16 siedzę w firmie, o 18 jestem w pracowni, o 22 wychodzę do domu.

– Podobno ma Pan jeszcze inne zajęcia…

– W Legionowie od czterech lat uczę dzieci robienia witraży w Powiatowym Zespole Szkół i Placówek Specjalnych przy ul. Jagiellońskiej 69. Każdy rok „akademicki” kończymy witrażem. Najpierw ogłosiłem konkurs na projekt numeru domu, potem pracowaliśmy nad witrażem z Królem Lwem. Dzieci były trochę przerażone, że nie zdążą na czas, bo witraż składał się z 700 elementów, ale szczęśliwie wszystko się udało. Rok trzeci upłynął pod znakiem Kubusia Puchatka, a teraz robimy Koszałka Opałka

Gorejąca Matka Boska Buszczecka, wykonana dla kościoła w Racławicach Śląskich

Gorejąca Matka Boska Buszczecka, wykonana dla kościoła w Racławicach Śląskich

.
– Co sprawia Panu większą frajdę – informatyka czy witraże?

– Oba zajęcia są moimi konikami, więc mam komfortową sytuację. Od 25 lat realizuję swą pasję informatyczną – teraz pracujemy nad sztuczną inteligencją, 10 lat temu wsiąkłem w witraże. Kolejna zaleta drugiego zajęcia polega na tym, że pracownia witrażowa jest dla mnie oazą spokoju. Nikt tu nie przychodzi, całkowicie się odprężam i wyluzowany robię swoje.
Wie pan, mężczyzna w pewnym wieku staje na rozdrożu – gorzałka lub płodozmian. Ja odnalazłem trzecią drogę – witraż.

– Dziękuję za rozmowę.
Zbigniew Czarnecki

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *