Facebook

Z LEGIONOWA DO WARSZAWY. Con fuoco i – lamentabile

2016-11-24 11:36:41

Po wysłuchaniu dwóch recitali fortepianowych legionowscy melomani mieli okazję zakosztować imprezy większego kalibru, a to dzięki zorganizowanej przez Miejski Ośrodek Kultury wycieczce do warszawskiej Filharmonii.

Znakomita orkiestra symfoniczna w pełnej obsadzie, fortepian najwyższej marki, zasiadający przy nim wysokiej klasy artysta oraz interesujący program to w sumie piękna sprawa, ale to jeszcze nie wszystko. Nie do pogardzenia była również możność dotarcia na Jasną autokarem, a więc bez mitręgi, w komfortowych warunkach.

Wsiedliśmy do tego środka lokomocji w piątkowy wieczór 18 XI, by w trakcie półgodzinnej jazdy wysłuchać informacji o dziełach, które niebawem będą wykonane, oraz ciekawostek o ich twórcach. Całe to „słowo wstępne” zaserwował nam w lekkiej, dowcipnej formie dyrektor Zenon Durka.

Po Koncercie fortepianowym b-moll Piotra Czajkowskiego, która to kompozycja stanowiła pierwszą część programu, po pełnym blasku i wirtuozerii majstersztyku wyrażającym afirmację życia usłyszeliśmy Symfonię pieśni żałosnych na sopran solo i orkiestrę Henryka Mikołaja Góreckiego, utwór odzwierciedlający uczucia diametralnie odmienne: cierpienie młodej więźniarki i ból matek po stracie swych synów. Czy można sobie wyobrazić większy kontrast?

Do stworzenia Symfonii Górecki użył minimalnej ilości tworzywa dźwiękowego. Najprostsze figury melodyczne powtarzają się bez końca. Jest to jakby obraz skrajnej melancholii człowieka, którego życie wewnętrzne zamarło. Basowe dźwięki harfy, z rzadka wydobywane podczas monotonnego zawodzenia smyczków, są jak ciężko spadające krople roztopionego ołowiu. Od czasu do czasu następuje pauza i każdy taki moment ciszy wywiera niemałe wrażenie na słuchaczu, któremu wydawało się, że owa obsesyjna powtarzalność nigdy nie ustanie.

W gruncie rzeczy jest to muzyka religijna, niemalże wokalna modlitwa, a więc coś, co wymaga maksymalnego wyeksponowania słów, jakie składają się na tytułowe pieśni żałosne. Cóż jednak począć, skoro zamiarem śpiewaczki jest wyłącznie czarowanie swoim sopranem, bez jakiejkolwiek troski o wyartykułowanie spółgłosek, skutkiem czego cykl pieśni zamienił się w jedną wielką wokalizę. Z całej warstwy słownej dotarły do mnie wyłącznie dwa wyrazy: „zdrowaś Mario”. Toteż gdyby ułożenie programu zależało ode mnie, postarałbym się o inny zgoła kontrast między bytem a niebytem. Po Koncercie b-moll niechby zabrzmiał jeszcze jeden utwór czysto instrumentalny, VI Symfonia tegoż kompozytora, przejmujące pożegnanie z życiem.

ANTONI KAWCZYŃSKI

toiowo@toiowo.eu

Fot. fanpage Filharmonia Narodowa

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *